Alternatywa cz. 2

on maj5 2012

Jest w Gdyni taka strefa, w samym centrum miasta, o której jakby niemal nikt nie chce pamiętać. Na pograniczu śródmieścia i części przemysłowej. Linia demarkacyjna przebiega w poprzek ulicy Portowej, tuż za budynkiem komendy rejonowej policji. Za nią rozciąga się Strefa. Ongiś rozciągały się tu grząskie, słone bagna, aż do samej Kępy Oksywskiej i Obłuża. Dzisiaj większą część terenów zajęły stocznie, port, a Strefa skurczyła się do kilku uliczek, w które niebezpiecznie zapuszczać się po zmroku.

Każde miasto ma swoje tajemnice, których strzegą Strażnicy. Istnieją też tacy, którzy tę wiedzę pragną Strażnikom wydrzeć wszelkimi możliwymi sposobami.

Pociąg osobowy zatrzymał się ze straszliwym zgrzytem na stacji Gdynia Główna. Darka uderzył pierwszy podmuch zimnego wiatru.

„No tak – pomyślał.- Tutaj zawsze wieje.”

Dopiął szczelnie chroniącą przed zimnem kurtkę, poprawił czapkę od munduru harcerskiego i zarzucił ciężki plecak na ramiona. Niestety, ani wiaty nad zejściem do podziemnego tunelu, ani sam tunel nie dawały nijakiej ochrony przed słynnymi gdyńskimi przeciągami. Dopiero wejście do budynku dworca pozwoliło znaleźć schronienie. Niestety, tutaj dopadł przyjezdnego wszechobecny i powszechny zapach wszystkich dworców Polski.

Czekała na niego pod wielkim zegarem wiszącym na obłożonym granitowymi płytami filarze.

- Cześć, łajzo. Jak tam podróż?

- Jakoś minęła. Wielkie dzięki, że przyjechałaś.

- Żaden kłopot – wzruszyła ramionami i skierowała się w stronę wyjścia.

Stara Mazda czekała na parkingu. W pojemnym bagażniku plecak zmieścił się z łatwością obok tajemniczej zawartości, która właścicielka zawsze targała wszędzie ze sobą. Uparcie twierdziła, że nigdy nie wiadomo, co się może przydać w podróży. Nawet wtedy, kiedy jechała tylko na drugi koniec miasta.

- Mieszkam teraz na Obłużu – zagaiła rozmowę, kiedy silnik diesla zaskoczył i umożliwił uzyskanie napędu na przednią oś.

- Dziwna nazwa. Język można sobie połamać – skomentował Darek.

- Wkoło czerwone bagno – odpowiedziała. – Tyle to znaczy we współczesnej polszczyźnie.

- Czerwone bagno?! – wykrzyknął.

- Tak. Czemu tak cię to dziwi? – na moment oderwała wzrok od drogi, na szczęście w ciemności nie mogła dostrzec jego wyrazu twarzy.

- Niee, nic… – rzucił szybko i zakończył temat. No bo jak miał jej wyjaśnić, w jakich okolicznościach słyszał tę nazwę po raz pierwszy? Przecież by mu nie uwierzyła. W sumie to sam sobie prawie nie wierzył.

Dwa lata wcześniej jechał na jakiś biwak organizowany przez jego drużynę. Jako organizator miał pojechać wcześniej i wszystko przygotować. W Olsztynie miał przesiąść się do innego pociągu. Nawet się zdziwił, że w PKP Przewozy Regionalne ktoś ruszył łbem i podstawił na tej trasie ładny, historyczny parowóz. To była czysta przyjemność jechać czystymi, eleganckimi wręcz wagonami, kiedy z oddali słychać było charakterystyczny świst gwizdka lokomotywy. Niczego się nie domyślał, niczego nie zauważył, dopóki nie wysiadł na stacji. Miał wrażenie jakby trafił na plan filmowy „Lalki”.

- Wiadomość dla pana Rodaka! Wiadomość dla pana Rodaka! – obok niego przebiegł młody chłopak w mundurze kolejowym wymachując jakąś białą kartką i szukając odbiorcy wiadomości.

- Tutaj! – rozległ się jakiś głos i z wagonu wysiadł postawny mężczyzna w cylindrze.

Przez okno wyjrzała blondwłosa urodziwa kobieta.

- Co to za telegram? Coś ważnego?

- Z Krakowa. Muszę wracać.

- Wraca pan? Czy jakie nieszczęście?

- Nie, pani. Mój wspólnik wzywa mnie.

Rozległ się dzwonek wzywający pasażerów, by wsiedli do pociągu.

- Proszę wsiadać! – zawołał konduktor.

Peron opustoszał, w bufecie został tylko dżentelmen w cylindrze i zamówił coś do picia. Harcerz siedział na ławce i nie bardzo wiedział, co właściwie ma teraz robić. Mocno podejrzewał, ze jego pieniądze na tej stacji nie mają raczej żadnej wartości, a właśnie poczuł, że powinien chlapnąć sobie pięćdziesiątkę wódki. Inaczej nie ogarnie tego zjawiska. Jedyne, co w tej całej historii pasowało, to nazwa dworca: Nidzica.

- Hej, ty! – usłyszał nagle czyjś głos. – Tu nie wolno spać. To jest stacja kolejowa nie hotel!

- Ja… Ja czekam na pociąg – odparł Darek szybko. – Do Warszawy.

Kolejarz spojrzał na niego podejrzliwie, ale ostatecznie dał mu spokój. Natomiast wymiana zdań przyciągnęła uwagę dżentelmena w cylindrze.

- Znam ten głos – stukając zdobioną laską po bruku, podszedł do siedzącego młodzieńca. – Jak się nazywasz?

- Rodak… Dariusz Rodak.

- Ach tak… – mężczyzna zatrzymał się na chwilę, po czym usiadł na ławce obok. – Wyobraź sobie, że ja też.

Harcerz uważnie przyglądał się mężczyźnie, gdy ten kupował mu bilet pierwszej klasy do Krakowa. Podobieństwo było wyraźne, choć z pewnością dżentelmen był starszy, wyższy i bardziej barczysty.

- Więc jesteś stamtąd? – raczej stwierdził niż zapytał pan Rodak, zdejmując kapelusz i płaszcz w obszernym przedziale, który wynajął do ich wyłącznej dyspozycji.

- Stamtąd? – Darek nie bardzo rozumiał, o co chodzi.

- Z pierwszego świata. My jesteśmy światem drugim. Tak przynajmniej sadzą naukowcy. Zdaje się, że jesteś też moim sobowtórem – dodał po chwili.

- Dlaczego w takim razie jest pan… jesteś starszy ode mnie?

Mężczyzna wzruszył lekko ramionami.

- Nie mam pojęcia. Nie znam się na naturze Pierwszego Świata. Tutaj historia przebiegała trochę inaczej niż u was. Szybciej i wolniej jednocześnie. Ale jak mówię, nie zajmuje się tą dziedziną.

- A czym się zajmujesz? Jeśli to nie tajemnica.

- Handlem. A ostatnio trochę polityką.

Pociąg mknął przez noc zatrzymując się od czasu do czasu na oświetlonych gazowymi lampami stacjach, aż w końcu ze świstem zatrzymał na dworcu w Krakowie. Przed wejściem stało kilka dorożek i na widok Rodaka jedna z nich od razu podjechała.

- Witam szanownego pana. Szanowny pan dokąd sobie życzy? – dorożkarz jedną ręką trzymając lejce, drugą lekko uchylił kapelusza.

- Na Szpitalną pięć poproszę – rzucił kupiec gestem zapraszając harcerza, by zajął miejsce obok niego.

Dorożka jechała wolno turkocąc po krakowskim bruku w stronę Rynku Głównego. Planty świeciły jeszcze pustkami, tylko postacie służących szybko mknęły w stronę targu lub spiesząc się, by przygotować wszystko przed śniadaniem. Nie było jednak dużo czasu na przyglądanie się, bo zaraz skręcili w lewo w Szpitalną i kamieniczki przesłoniły widok.

Zatrzymali się przecznicę przed Małym Rynkiem. Kamienica pod numerem piątym wdzięczyła się oszklonymi witrynami sklepu o wdzięcznej nazwie Sklep Kolonialny Rodak i S-ka. Drzwi otworzył im siwy lokaj.

- Witaj, Radoście. Zaprowadź mojego gościa do sypialni dla gości i zadbaj o jego wygodę i garderobę. Pan Dariusz jedzie ze mną na zamek.

- Oczywiście, wielmożny panie. Czy życzy pan sobie śniadanie przed wyjazdem?

- Śniadanie? Tak, chyba zjemy cos lekkiego. Nie wiem, jak długo nam tam zejdzie, a wątpię, by nas czymś poczęstowano.

Lokaj ukłonił się i zwrócił się w stronę harcerza:

- Proszę pana za mną.

Do przydzielonej mu na drugim piętrze sypialni wchodziło się z saloniku. Główne umeblowanie stanowiło olbrzymie łóżko z baldachimem, co wyrwało westchnienie zachwytu z piersi młodzieńca.

- Zaraz przyślę służącą, by rozpaliła ogień w kominku. Łazienka jest tu – to mówiąc lokaj otworzył ukryte za boazerią drzwi, – jeśli życzy pan sobie się odświeżyć. Zaraz przyniose stosowne ubranie. Czy ma pan jakieś szczególne preferencje?

- Nie… Nie… – wyjąknął Darek.

Gdy za sługą zamknęły się drzwi, chłopak odetchnął z ulgą zrzucając plecak z ramion. Zajrzał do łazienki i ponownie westchnął. Jego sobowtór naprawdę musiał być bardzo bogatym człowiekiem. Nie to, żeby harcerz specjalnie jakoś tęsknił do takiego bogactwa. Ale dostateczna ilość pieniędzy daje wolność. A wolność cenił sobie bardzo.

Wszystko tu było piękne, nie grzeszące nadmiarem przepychu, ale wysmakowane i dające czystą przyjemność oczom patrzącego. Koronkowa firana filtrowała światło dnia wyławiające kolejne szczegóły wyposażenia. A to srebrny lichtarz na stoliku pod lustrem, a to niewielka akwarelę na ścianie między oknami, a to majolikowe figurynki na kominku. Ostatecznie jednak oderwał się od kompletacji i ruszył do wanny. Całonocna podróż pociągiem, nawet w tak luksusowych warunkach, nie sprawiała by pachniał fiołkami.

Po kąpieli nastąpiły tortury. Lokaj przyniósł ubranie, które rozmiarem z grubsza pasowało na drobnej budowy harcerza. Koszula z wysokim kołnierzem, długie spodnie zwężające się u dołu, szelki tak mocno ściągające spodnie, jakby włożono mu na ramiona ponownie ciężki plecak, kamizelka haftowana (chyba jedwabiem na kaszmirze o ile chłopak znał się na gatunkach tkanin), potem koszmarny krawat, którego wiązanie zajęło kolejne pół godziny. Na koniec frak (z aksamitnymi wyłogami!) i lśniące buty. Darek niemal nie mógł ruszyć głową, do tego miał wrażenie, że porusza się z gracją kogoś, kto połknął kij. Srebrna dewizka, zegarek, cylinder i płaszcz, który chwilowo wisiał na krześle, miały dopełnić całości stroju. Jak do jasnej cholery jego sobowtór poruszał się w tym czymś z tak niewymuszona gracją?

Z całego śniadania pamiętał jedynie tyle, ze przez niemal godzinę starał się nie dopuścić do poplamienia czegokolwiek. Na całe szczęście jego towarzysz był czymś tak pochłonięty, że nie zmuszał go do konwersacji. Chłopak obawiał się, ze najmniejsza nawet dekoncentracja skończy się katastrofa w postaci tłustej plamy na kamizelce lub spodniach.

- Zamówić dorożkę, czy pojedzie pan swoim powozem? – dotarło do niego pytanie lokaja, skierowane do sobowtóra.

- Zdecydowanie dorożkę – usłyszał stanowczą odpowiedź Rodaka.

Po śniadaniu przeszli do palarni, gdzie gospodarz zapalił niewielką fajeczkę. Darek, jak na harcerza przystało, nie palił.

- Jestem ci winny wyjaśnienie – zaczął po chwili milczenia pan Rodak. – Zostałem poproszony o dyskretną rozmowę z wysoko postawioną osobą z dworu królewskiego. List podpisał sam wielkorządca królewski, więc sprawa ma swoją wagę. Nie wiem, czy zostaniesz przy rozmowie, ale chcę byś ze mną pojechał – niespodziewanie się uśmiechnął. – Nie mam pojęcia, jak długo tu zostaniesz, ale z jakichś dziwnych nawet dla mnie samego powodów pragnę, byś miał jak najlepsze wspomnienia z naszego świata. Wcześniej słyszałem opowieści ludzi, którzy spotkali swoich sobowtórów z Pierwszego Świata i się dziwiłem ich reakcjom, ale teraz sam po sobie widzę, że potrafią być one dość… dziwne – dokończył po chwili wahania.

Chłopak zdobył się tylko na wykrztuszenie gorącego podziękowania. Wykrztuszenie, bo dym tytoniowy drażnił mu błonę śluzową gardła i czuł, że zaraz rozkaszle się niczym rasowy gruźlik.

Kraków zdecydowanie już się obudził. Jadąc wolno przez Mały Rynek, a potem Stolarską w kierunku ulicy Grodzkiej i Wawelu, mógł podziwiać zmierzające na zakupy damy, ze sługami dźwigającymi olbrzymie pudła, kolorowe stargany, oferujące klientom niemal wszystko: od wiktuałów po biżuterię, spieszących się mężczyzn w surdutach, zapewne urzędników i subiektów. Chłonąc tak egzotyczne widoki, na chwilę zapomniał o sztywnym kołnierzu i prostujących jego przygarbione co nieco plecy szelkach.

Wjechali na wewnętrzny dziedziniec przed częścią pałacową Wawelu. Gwardzista zaprowadził ich do salonu na parterze.

- Panie Dariuszu – na ich powitanie z dalszego pomieszczenia wyszedł mężczyzna ubrany nieco mniej formalnie niż nowo przybyli. – Miło pana znów widzieć – uścisnął dłoń sobowtóra i jowialnie poklepał go po plecach.

- Panie wielkorządco, proszę pozwolić przedstawić sobie pana Dariusza Rodaka, z Pierwszego Świata – urzędnik królewski lekko drgnął, ale uśmiechnął się szeroko i uścisnął dłoń harcerza.

- Panowie chwile poczekają tu w salonie, za chwilę wrócę i przejdziemy wtedy do mojego gabinetu – to mówiąc klasnął głośno wzywając lokaja. – Przynieś wino dla moich gości – wydał rozporządzenie i kłaniając się lekko wyszedł z komnaty.

Darek usiadł na wysokim rzeźbionym krześle i przyjął napełniony przez lokaja puchar czerwonego wina.

- Słuchaj – odezwał się nagle pan Rodak. – To nie wielkorządca chce ze mną rozmawiać. Jeśli wejdziesz ze mną do gabinetu, rób dokładnie to, co ja. Rozumiesz?

Harcerz zaintrygowany skinął głową. Znaczy przynamniej usilnie próbował skinąć – sztywny, wysoki kołnierz w zasadzie mu to uniemożliwiał. Podniósł puchar raz jeszcze do ust, w tym momencie otworzyły się drzwi prowadzące w głąb apartamentu, z pucharu poleciało więcej wina do ust chłopaka, niż chciał, w konsekwencji poczuł, jak czerwony płyn zaczyna lecieć mu z kącików ust. Czym prędzej chwycił chusteczkę, by nie dopuścić do poplamienia śnieżnobiałej koszuli, ale nieszczęście się stało: na kamizelce wykwitła cudownie szkarłatna plama. Zrozpaczony młodzieniec zerwał się i obciągnął poły fraka. Na szczęście ukryły dowód jego niezdarności, ale świadomość posiadania plamy w żaden sposób nie wpłynęła kojąco na jego już i tak nieco rozkołatane nerwy.

- Proszę panów do gabinetu – usłyszeli głos wielkorządcy.

W komnacie czekał na nich średniego wzrostu, szczupły mężczyzna, ubrany lekko nieformalnie, z początkami łysiny, która na razie charakteryzowała się jedynie wysokim czołem. Pan Rodak wykonał głęboki ukłon, co harcerz starał się jak najlepiej naśladować, czyniąc nadludzki wysiłek, by plama na kamizelce nie wyszła spod poły fraka.

- Wasza królewska wysokość, czuję się zaszczycony – odezwał się jego sobowtór.

 

Język Słowińców jako przykład wymierania języka

on sty31 2012
Obszar dialektów kaszubskich leży dzisiaj prawie wyłącznie na terenie województwa pomorskiego (przed reformą administracyjną kraju były to województwa gdańskie ...

Historia gastronomii w skrócie

on paź18 2011
Gastronomia z pewnością powinna być uznana za najstarszą działalność człowieka. Związana z samą istotą przetrwania, uprawiana była od zarania ...

Pamiętniki królowej – fragment

on wrz25 2011
Na rynku miasta herold królewski właśnie wykrzykiwał obwieszczenie Ministra Skarbu: „Milicja skarbowa, po miesiącu prowadzenia śledztwa i inwigilacji ujęła ...

Opowieści ze zwojów papirusu – fragment

on sie9 2011
Benoni znalazł brata na wzgórzu opodal obozowiska. Yosif siedział na kamieniu i gniewnie mamrotał coś pod nosem. - Wracaj do ...

Menu

Search

FlickR

flickrRSS probably needs to be setup