Archiwum autora

RPG – Monastyr – Czarny Dwór

niedziela, 20 Maj 2012

„Czarny Dwór”

W każdym mieście jest takie miejsce, gdzie spotykają się niebieskie ptaki, gdzie libertyni z najlepszych rodów mieszają się z półświatkiem, gdzie na porządku dziennym są szemrane interesy, miejsce na krawędzi cienia. W stolicy Kartiny tą rolę spełnia Czarny Dwór, należący do damy powszechnie nazywanej Królową Pik.

Gdzie się mieści i jak wygląda?

Czarny Dwór jest rozległym pałacem położonym na obrzeżach miasta. Całą posesję otacza wysoki, kamienny mur, za nim zaś rozciągają się geometrycznie rozplanowane ogrody. Wśród nich wznosi się elegancka w swej prostocie bryła pałacu, wzniesiona z białego kamienia. Skąd zatem nazwa Czarny Dwór? Wszystkie pomieszczenia wewnątrz mają czarny kolor. Ściany obite są kosztownymi materiami, sufity wyłożone boazerią i ozdobione oszczędnie stiukami z białego gipsu, a większość podłóg wykonana jest z czarno-białej mozaiki.
Po przejściu przez portyk, pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę we wszechobecnej czerni jest ogromny, szafowy zegar stojący naprzeciw drzwi wejściowych. Na jego srebrnej tarczy można nie tylko odczytać czas, ale i znaki zodiaku oraz pozycję księżyca. Białe wahadło ma kształt lecącego z rozpostartymi skrzydłami anioła, dzierżącego kosę. Można odnieść wrażenie, że odcina ono sekundy z życia każdego z gości…
Nad zegarem zawieszona jest dewiza „Mors vincit omnia”, przypominająca, że trzeba korzystać z życia, dopóki tylko się da.
Wystrój pałacu przewrotnie przypomina na każdym kroku o nadchodzącej śmierci. W sali balowej ściany zdobi fryz przedstawiający danse macabre, żyrandole zrobione są z posrebrzanych zwierzęcych czaszek oraz poroży, a nad każdym lustrem wyobrażony jest kościotrup, wyginający się w parodii uwodzicielskiej pozy.
Wszelkie zdobienia w pałacu utrzymane są, dla kontrastu, w kolorze bieli lub srebra. Nie brak też kryształów we wszelkiej postaci. Nawet stoliki do gry, zamiast tradycyjnej zieleni, aby nie łamać rygoru barw, mają pokrycie z czarnego sukna.
W całym Dworze nie ma ani jednego obrazu na ścianie, za to nie brak rzeźb i posągów wszelkiego rodzaju. Często wyobrażają stwory mitologiczne, nimfy, gorgony, czy syleny.

W ogrodach, pośród wykreślonych pod linijkę rabat znajduje się labirynt, ułożony z kunsztownie wystrzyżonych krzewów. Nie jest może największym tego typu założeniem w Kartinie, ponieważ jego średnica to około 50 metrów, lecz wyróżnia się tym, że posiada tylko jedno wejście. Labirynt jest popularnym miejscem schadzek i negocjacji, ze względu na dyskrecję jaką zapewnia. Niektórzy plotkarze zapewniają, że Królowa zezwala też na wyjątkowo okrutne pojedynki w labiryncie, ale ogół gości zalicza tego typu historie w poczet bajek.

Zasady

Czarny Dwór jest miejscem, w którym warto bywać, lecz nie wypada się do tego przyznawać. W związku z tym, wszyscy goście, bez wyjątku noszą maski. Maniery większości z nich nie pozostawiają nic do życzenia, inni z rozmysłem maskują swoje pochodzenie, bądź to nienaturalną sztywnością, bądź aż nazbyt swobodnym obyczajem. Trudno w ten sposób zidentyfikować, kto jest szlachcicem, a kto tylko pod takiego się podszywa. Na wszelki wypadek wszyscy stosują się do zasad uniwersalnej etykiety i tytułują jak szlachtę.
Dla gości przygotowane są salony, w których można podyskutować na wszelkie tematy, jakimi są zainteresowani, sala balowa z orkiestrą, stoliki do gry i znakomita restauracja. Od czasu do czasu w sali teatralnej wystawia się sztuki, jakie nie zostały dopuszczone do oficjalnego obiegu, bądź okazały się zbyt kontrowersyjne dla publiczności i zdjęte z afisza.
W pałacu można znaleźć i inne rozrywki stojące na granicy dopuszczalności, a czasem i dobrego smaku. Właścicielka Czarnego Dworu bardzo dba o ekscytującą atmosferę skandalu, jaka otacza to miejsce, zaprasza więc często osoby, które nie mogłyby pojawić się na salonach tutejszej socjety. Bywają to kurtyzany, egzotyczne tancerki, pisarze na indeksie, znani uwodziciele, skrajni libertyni czy osławieni zabójcy. Miejsce to również upodobali sobie kontrowersyjni artyści. Zdarza się nawet spotkać osoby formatu autora traktatu „O nieistnieniu duszy” czy podejrzane o praktykowanie magii.
Inkwizycja bardzo czujnie obserwuje bywalców Dworu, ale nie ingeruje w jego działanie. Z domysłów i plotek można wysnuć wniosek, że wygodnie dla Oficjum mieć wszystkich podejrzanych w jednym miejscu, zamiast mozolnie tropić i dekonspirować ich kryjówki po całym mieście. Z drugiej strony, Inkwizycja nigdy nie weszła do Dworu, aby kogokolwiek aresztować. Dla większości gości potencjalne zagrożenie dodaje tylko pikanterii całej sytuacji.
Dwór posiada doskonale dobraną, sprawna i znaną z lojalności służbę, gotową spełnić każdą zachciankę gości. Służących łatwo rozpoznać pośród innych gości, ponieważ noszą skromną, czarną liberię i białe półmaski, stylizowane na zwierzęce pyski.

Właściciele:

Królowa Pik
Czarnym Dworem rządzi niepodzielnie Królowa, Alessia Gentileschi. Niewielu może się pochwalić znajomością z nią. Jest wyjątkowo wybredna w doborze przyjaciół i wręcz paranoicznie ostrożna. Podobno nigdy nie zdejmuje z twarzy czarnej, aksamitnej maski i zawsze nosi rękawiczki. Dosłownie kilka osób w Sarancie zna jej imię i nazwisko, lecz nawet oni nie potrafią powiedzieć czy nie jest fałszywe. Taką osobą jest znana komediopisarka, Alessandra de Savant, autorka „Dusigrosza” i „Rycerza mimo woli”. Niestety, pani de Savant jest słynna nie tylko z ciętego i lekkiego pióra, ale również z dyskrecji i lojalności. Może właśnie z tego powodu cieszy się przyjaźnią Królowej.
Alessia jest wysoką kobietą o szczupłej, lecz wysportowanej sylwetce. Równie często nosi suknie jak i strój męski. Włosy ma proste i brązowe, a oczy szare, tyle przynajmniej widać spod maski. Sądząc po tonie głosu nie ma więcej niż trzydzieści lat, a porusza się zręcznie i lekko, co potwierdza domysły na temat jej wieku. Zawsze jest uzbrojona w szpadę i sztylet, nie gardzi też parą skałkowych pistoletów. Ludzie, którzy strzegą jej bezpieczeństwa dbają o to, by pozostać niezauważonymi, pojawiając się na widoku tylko wtedy, gdy potrzebna jest natychmiastowa interwencja. W gabinecie Czarnego Dworu, gdzie zdarza się przyjmować niektórych petentów, zawsze warują dwa masywne, czarne brytany sprowadzone z Kary, Sinister i Dexter, gotowe rzucić się na obcego nawet z powodu zbyt gwałtownego ruchu. Jedynie rozkaz pani potrafi je zatrzymać.
Nikt nie wie, jakim szermierzem jest Alessia, a niepewność ta podsyca powstawanie plotek o jej fenomenalnych umiejętnościach. Królowa z resztą nigdy nie dementuje żadnych doniesień na swój temat, pozwalając im rodzić się i umierać samoistnie.
Osoby „dobrze zorientowane”, a kilka w Sarancie ma niemal obsesje na punkcie Królowej, twierdzą, że jej żywiołem jest dezinformacja i dywersja. Zawodu szpiega uczyła się ponoć pod okiem samego Angela da Cortona, twórcy nowego wywiadu papieskiego. Wszystko to oczywiście tylko domysły…
Jedno tylko nie ulega wątpliwości – Alessia Gentileschi kocha wiedzę. Wiedzę o ludziach, ich ciemnych sprawkach, tajnych negocjacjach i polityce. Jeśli ktoś zamierza zdobyć jej szacunek, powinien zaskoczyć ją czymś nowym. Oczywiście każda nowa informacja zostanie starannie zweryfikowana. Biada temu, kto chciałby oszukać Królową. Tacy ludzie znikają, tak jakby nigdy nie istnieli.
Alessia ma jedną słabość, marzenie, które chce spełnić nie bacząc na cenę. Chce odkryć na wpół mityczne Czarne Archiwum Inkwizycji, prowadzone od dnia powstania Urzędu i kryjące w swych murach największe tajemnice Dominium. Królowa wierzy, że w końcu uda jej się zanurzyć się w jego przepastne głębiny.

Hrabia Martin Lanieri
Większość spraw załatwia z interesantami hrabia. Jego lojalność wobec Królowej i dyskrecja są niemal przysłowiowe. Znajomi twierdzą, że nigdy nie zdradził powierzonego mu sekretu, nawet położony ongiś na tortury przez samą panią Alessię. Jest słynny z elegancji i dobrego smaku, a także, choć o tym głośno się nie mówi, z doskonałego oka do klejnotów, co zapewniło mu sukces w zawodzie pasera. Plotka głosi, że to on był inspiratorem kradzieży słynnych czarnych pereł księżniczki Lucii Visconti, ulubienicy Papieża. Jest również niezłym szermierzem.
Hrabia ma kilka pasji. Ta, którą dzieli z Królową to zamiłowanie do wiedzy. Oboje uchodzą za najlepiej poinformowane osoby prywatne w całej Kartinie. Królowa posiada znakomicie zorganizowaną siatkę szpiegowsko – przemytniczą, której kunszt w zdobywaniu wiedzy porównuje się z wywiadem matrańskim i możliwościami Oficjum. Martin Lanieri nadzoruje jej poprawne działanie i wykonywanie najpoważniejszych operacji. Odpowiada za ich powodzenie tylko i wyłącznie przed panią Gentileschi.
Do innych pasji hrabiego należy kolekcjonowanie rzadkich okazów kamieni szlachetnych oraz hazard. Zasiadanie z nim do kart uważa się powszechnie za ryzykowanie bankructwa.
Martin Lanieri to wysoki i szczupły mężczyzna, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Ponieważ bardzo dba o siebie, sprawia wrażenie młodszego. Porusza się spokojnie i rzadko podnosi głos, co sprawia, że wygląda na osobą pełną godności i autorytetu. Bardzo trudno wyprowadzić go z równowagi, a wszelkie groźby spływają po nim jak woda po kaczce.
Nosi się po cynazyjsku, w jasnych kolorach, wśród których dominują wszelkie odcienie zieleni. Zawsze stara się mieć przy sobie szpadę, a w sytuacjach, gdy zabranie ze sobą broni jest niemożliwe – laseczkę z ukrytym w niej ostrzem.
Hrabia jest prawdziwym epikurejczykiem, dba o przyjemności tego świata, ale nie pozwala się im pochłonąć. W brew pozorom bardzo trudno go uwieść, a kobiece sztuczki potrafi przejrzeć niemal od razu. Niektórzy wysnuwają z tego wniosek, że w jego życiu musi być jakaś kobieta, inni idą jeszcze dalej, wiążąc go romansem z Królową. Jak zwykle, nikt nie wie nic pewnego.

Stali bywalcy:

Alessandra de Savant – znana i powszechnie lubiana autorka komedii wyśmiewających ludzkie przywary. Jej ostatnie dzieła to „Rozpustnik” i „Rycerz mimo woli”. Kolekcjonerka zabawnych anegdot i plotek, które traktuje jako tworzywo pod przyszłe sztuki. Jej dzieła wystawia się nawet w pałacu papieskim, a ona sama korzysta ze stypendium przyznawanego szczególnie utalentowanym artystom.
Pani de Savant jest zawsze znakomicie poinformowana na temat bieżącej polityki Kartiny, a szerokie kontakty zawdzięcza swojemu ojcu chrzestnemu, którym jest sekretarz Magnusa V – hrabia Ares de Luna. Powszechnie wiadomo też, że w wojnie stronnictw zawsze dyskretnie popiera jego stanowisko.
Pomimo młodego wieku pani de Savant jest już wdową, a przykre doświadczenia z wczesnego małżeństwa sprawiają, że odmawia każdemu kandydatowi do jej ręki. Woli romansować bez zobowiązań, a związki bezwzględnie kończy, gdy tylko zaczynają się w nich pojawiać wielkie słowa. Jej szczerość w tym względzie sprawia, że ma wielu przyjaciół wśród lokalnych libertynów.
Pani Alessandra ma dwadzieścia pięć lat, chociaż z powodu bardzo jasnej karnacji, typowej dla szatynki, wydaje się znacznie młodsza. Falujące włosy nosi zwykle bardzo prosto upięte, jakby czesała się sama. Porusza się z dużą swobodą i lekkością, choć jest bardzo oszczędna w gestach. Ubiera się zazwyczaj w różne odcienie błękitu, pasujące do koloru jej oczu. Rzadko wybiera barwy mocne, nie lubi też cynazyjskich pasteli. Woli zgaszone odcienie i matowe tkaniny, typowe dla szlacheckiej mody w Sarancie. Plotki głoszą, że to właśnie ona, ze względu na wspaniałą figurę pozowała panu Sabello do słynnego obrazu „Wiosna”. Dzieło zdobi obecnie prywatny gabinet księcia Visconti, który nabył je za astronomiczna kwotę na corocznej licytacji dzieł papieskich stypendystów.

Sandro Sabello – niezwykle utalentowany młody człowiek, malarz i rzeźbiarz. Jest wytrawnym estetą, tworzącym na uboczu głównego nurtu kształtowanego modą z Cynazji. To czyni go interesującym. Prowadzi własne badania nad naturą światła, a każdy namalowany przez siebie obraz traktuje jak studium tego problemu.
Młodzieniec nie posiada żadnego tytułu, jest sierotą. Ze względu na nieprzeciętny talent szybko został zauważony przez opiekunów, którzy wystarali się dla niego o dobrego patrona. Dzięki różnego rodzaju stypendiom ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Sarancie i wygrał konkurs na rzeźbę świętej Weroniki przeznaczoną do sanktuarium pod jej wezwaniem.
Odsłonięcie rzeźby stało się wydarzeniem artystycznym w stolicy. Sabello zaprezentował nieznany dotąd styl, pełen pasji, dynamiki i odwagi w traktowaniu bryły. Jego dzieło było kompletnie odmienne od statycznych i pełnych spokoju rzeźb, do jakich przyzwyczaili widzów artyści wierni tradycjom starodoryjskim i rodniańskim.
Ekstaza świętej Weroniki zyskała tyleż entuzjastycznych, co zjadliwych opinii, lecz wyniosła na szczyt popularności nazwisko swego twórcy.
Niestety, eksperymenty z formą i kompletny brak pokory sprawiły, że kolejne jego dzieła nie spełniły oczekiwań zamawiających. Na szczęście artyście nie odebrano stypendium papieskiego, dzięki czemu miał środki, by tworzyć dalej, niezależnie od zleceń patronów.
Poszukiwania nowości często wiodły go poza tradycyjne tematy. Używanie drastycznych środków malarskich na przedstawienie własnych wizji, zwróciły w końcu uwagę Inkwizycji. Został wezwany na rozmowę, która była oficjalnym udzieleniem nagany i pouczeniem, że właściwymi tematami dla malarza pozostającego w służbie Kościoła jest żywot Proroka i świętych. W odpowiedzi Sandro namalował obraz zatytułowany „Martwa Milvina”. Dzieło przedstawia ciało kobiety leżące na polu bitwy pośród zmasakrowanych trupów. Twarz świętej wciśnięta jest w ziemię, jakby stratowały ją kopyta koni. Zbroja pogięta i skłuta ostrzami włóczni. Obraz tonie w mroku, szczegóły rozmywają się w czerniach i brązach drugiego planu. Ostatni promień słońca pada na potargane włosy Milviny i na jej pustą, otwartą ku niebu dłoń, z której wypadł miecz.
Obraz został natychmiast skonfiskowany i zniszczony przez Inkwizycję. Tak przynajmniej zapisano w oficjalnych raportach. Plotka jednak głosi, że nawet Ares de Luna nie potrafił zdobyć się na rozkaz spalenia tego dzieła, tak wielką tchnęło pasją. Niektórzy twierdzą, że zdobi prywatne gabinety księżniczki Lucii Visconti, inni, że spoczął w Czarnym Archiwum. Jeszcze inny uważają, że został złośliwie podarowany Kardynałowi Kary, w czasie jego słynnego sporu z Papieżem. Jak było naprawdę nikt już nie wie.
Obecnie Sandro na zlecenie Kościoła pracuje nad żywotem świętego Martina, prywatnie zaś ilustruje żywoty Czarnych Patronów na specjalne zamówienie markiza de Ventadour.
Sabello ma zaledwie dwadzieścia lat, jest szczupłej budowy, a skrzywiony kręgosłup świadczy o wyjątkowo biednym i głodnym dzieciństwie. Porusza się energicznie, żywo gestykuluje, zwłaszcza, gdy zapali się do jakiegoś tematu. Ręce ma wyjątkowo mocne, zniszczone pracą rzeźbiarską i nie do końca dającymi się zmyć farbami. Często się śmieje, choć jego poczucie humoru jest co najmniej oryginalne. Zazwyczaj nie zwraca uwagi na swój ubiór czy uczesanie, pod warunkiem, że nie przeszkadzają mu w pracy. W związku z tym często można zobaczyć, jak niedopięty i zakurzony pędzi od sklepu do sklepu szukając jakiegoś rzadkiego barwnika czy terpentyny, która skończyła się w najbardziej niespodziewanym momencie. Nigdy nie goli brody, włosy podcina raz do roku, w związku z tym niektórzy mają go po prostu za rzadki okaz dzikusa, który cudem uchował się w mieście.
W obejściu jest szczery i bezpośredni, może dlatego, że nie interesuje go niemal nic poza sztuką, a ta jest dość neutralnym tematem dla postronnych. Rzadko też zwraca uwagę na etykietę, lecz zazwyczaj jego uchybienia skarcone są dużą dozą pobłażliwości – ot, artysta.
Jest ogromnie ceniony w towarzystwie za rzadką zdolność – niezawodną pamięć wzrokową. Tego, co raz zobaczył nie zapomina nigdy i nawet po kilku latach potrafi dokładnie opowiedzieć o szczegółach zapamiętanej sceny, obrazu czy widoku.

Ernesto di Savona – starzejący się bogacz, właściciel rozległych winnic na południu Kartiny. Wizyty w Czarnym Dworze nadają ekscytującego posmaku zakazanego świata jego nudnej egzystencji. Nuda i bezczynność są zmorą pana di Savona. Z powodu ogromnej fortuny dni nie przynoszą ze sobą już żadnych wyzwań godnych jego finansowego talentu, hazard przestał być rozrywką dającą jakiekolwiek emocje, skoro przegranej nawet się nie zauważa, a kobiety w końcu okazały się wszystkie takie same. Ktoś, kto wniesie w jego życie jakikolwiek ruch, kto zdoła wyrwać go z marazmu, w jaki popadł, będzie błogosławieństwem, które pan di Savona szczodrze wynagrodzi złotem. Niestety, wraz z biegiem lat starszy pan stał się niebywale wybredny…
Ernesto di Savona jest mieszczaninem, członkiem warstwy patrycjatu, decydującej o sprawach handlu, podatkach, koncesjach i cłach, które stanowią podstawę zamożności Sarantu. Ubiera się w ciemne, stonowane barwy, a jego stroje szyte są przez najlepszych krawców stolicy. Użyte materiały i ozdoby są na granicy tego, co dopuszczają ustawy antyzbytkowe, nie przekraczając jednak zasad dobrego smaku. Di Savona jest mocnej, grubokościstej budowy, choć dość przeciętnego wzrostu. Włosy, niegdyś jasnobrązowe, są już mocno przerzedzone i oprószone siwizną. W nalanej twarz niemal giną oczy, dawniej piwne, teraz już wyblakłe do niemal żółtego koloru.
Z każdego ruchu emanuje znużenie i apatia, a nieliczne słowa i ukłony tchną tą samą rezygnacją i znudzeniem, co cała postać. Jak przystało na człowieka światowego, jego manierom niewiele można zarzucić, lecz mało towarzyski nastrój sprawia, że zazwyczaj przesiaduje samotnie przy swoim stoliku.

Hernan de Calabar – emerytowany oficer z Kordu, niegdyś kapitan wojennego galeonu, obecnie nałogowy hazardzista. Jest powszechnie znany z wyjątkowo sztywnych, staroświeckich manier i przewrażliwienia na punkcie własnego honoru. Bardzo łatwo zadrasnąć jego godność nieopatrznym słowem, czy zbyt swobodnym zachowaniem. Ponieważ jest to człowiek, który nosi na karku już siódmy krzyżyk, kodeksy honorowe nie zezwalają mu na pomszczenie obrazy w pojedynku. Mimo to nadal nosi u boku rapier, który uważa za niezbywalny dowód szlachectwa i wojskowej przeszłości. Na prawdziwe, lub wyimaginowane zniewagi odpowiada jedynie słowem, za to wyjątkowo kąśliwym, co sprawia, że wiele osób o mało obrotnym języku stara się go unikać, zawczasu ratując się przed ośmieszeniem.
Pan Calabar znalazł sposób na emocjonującą starość, a jest nim hazard oraz rozwiązywanie zagadek we wszelkiej postaci. Czy będzie to obstawianie pojedynków, walki deviria, karty, kości, szachy czy skomplikowane łamigłówki – nie pominie żadnej okazji. Choć rzadko się odzywa i niełatwo obdarza kogokolwiek swoja sympatią, można czasem, gdy ma dobry humor, namówić go na opowieści o jego młodości. Potrafi wtedy barwnie opowiadać o swoich przygodach w kordyjskiej flocie na dalekiej północy, o odkryciach, jakich dokonywał wraz z cesarskimi kartografami, wreszcie o walkach z Eskryjczykami.
Doskonale też zna się na organizacji wypraw morskich, a ze względu na ścisły umysł i umiłowanie zagadek logicznych dysponuje sporą kolekcję dzieł na temat kryptografii.
Kapitan ubiera się tylko i wyłącznie w dystyngowaną czerń, podkreśloną nieskazitelną bielą koronek. Siwe włosy ma zawsze starannie zaczesane, a wąsy i brodę nawoskowane i ułożone w szpic. Trzyma się prosto i dumnie, a porusza powoli i z godnością. Pośpiech uważa za nieelegancki i niegodny cywilizowanego człowieka.

Aymon O’Connell – Ragadańczyk, specjalista od ryzykownych przedsięwzięć, jak zwykł sam o sobie mówić. Za stosowną opłatą podejmie się wykonania przeróżnych usług, którymi szlachta nie zamierza brudzić sobie rąk. Znakomicie radzi sobie z zastraszaniem świadków w przeróżnych procesach, zabójstwami na zlecenie oraz porwaniami. Wbrew pozorom ma swoje zasady i nie zgodzi się na żadną kradzież, ani szantaż. Uważa się za specjalistę w swojej dziedzinie i choć nie ma na to żadnych dowodów – za szlachcica. Pewne działania uznaje za niehonorowe. Oczywiście według własnych, ragadańskich zasad.
O’Connell jest wysokim, ciemnowłosym mężczyzną, o czujnych, zielonych oczach. Trudno powiedzieć, w jakim dokładnie jest wieku, bo twarz ma młodą, a porusza się sprężyście i lekko jak kot. Ubiera się zwykle w kolory ziemi, a stroje dobiera wygodne i wytrzymałe, mało dbając o modę. Włosy nosi zawsze starannie związane i równo przycięte. Nie rozstaje się z bronią; krótkim rapierem, dwoma nożami i parą niezawodnych, kołowych pistoletów. Z powodu swojej profesji nie przepada za słońcem i zwykł przesypiać całe dnie. Jego domeną jest noc i cień. Ma bardzo wyostrzony wzrok, doskonale widzi w ciemnościach. Słuch także ma bardziej wyczulony niż przeciętny człowiek.
W obejściu jest rzeczowy i konkretny, a jeśli uzna, że rozmówca marnuje jego czas, spławia go bez zastanowienia, w prostych, żołnierskich słowach. Potrafi być ujmująco wręcz grzeczny, ale rzadko ma na to ochotę. Jeśli nie pracuje akurat nad żadnym zleceniem, o zachodzie słońca zjawia się w którejś z ulubionych gospód, lub właśnie w Czarnym Dworze.

Roman Drahić – infamis z Agarii, przemytnik, właściciel ludwisarni i dwóch młynów prochowych, których dorobił się głownie na hazardzie i szemranych interesach prowadzonych z Markalianmi. Pan Drahić przychodzi do Czarnego Dworu w poszukiwaniu kontaktów z wyższymi sferami. Marzy mu się zakup niższego tytułu szlacheckiego w Kartinie i porzucenie obecnego zajęcia. Plotka głosi, że posiada majątek poza Sarantem, gdzie kolekcjonuje przeróżne egzotyczne deviria i urządza na nie polowania w osobiście dobieranym towarzystwie. Agaryjczyk ma sporo kontaktów nie tylko w lokalnym półświatku, ale również w Ragadzie i Bardanii. Jako handlarz bronią jest dobrze zorientowany w sprawach wojen na Półwyspie Pazura.
Roman Drahić jest człowiekiem jowialnym, lecz wybuchowym. Łatwo się irytuje i wpada w gniew, po czym z równa łatwością zapomina o całej sprawie. Jest to mężczyzna lat czterdziestu, czerstwy i mocnej budowy, o szerokiej twarzy i wydatnej szczęce. Już z daleka łatwo go rozpoznać po wiśniowym ubiorze, świecącej łysinie i ogromnych, wypielęgnowanych wąsach. Nosi się jak żołnierz, którym podobno był w swojej ojczyźnie, lecz nigdy nie wspomina czasów spędzonych w Agarii ani powodów infamii. Pytania o przeszłość traktuje jako zniewagę i powód do wyzwania.
Z powodu niejasnej przeszłości i ciążącego na nim wyroku wyjątkowo nie znosi go Hernan de Calabar, który uważa, że taka osoba nie powinna mieć wstępu do miejsc, gdzie bawi się szlachta i jak może uprzykrza mu życie.
Pana Drahicia zwykle można zastać grającego w karty lub bilard w sali poświęconej tym rozrywkom, o ile oczywiście nie znajduje się tam już kordyjski kapitan.

Felisa Torretti – kurtyzana o niecodziennych umiejętnościach, nazywana czasem w dyskretnym towarzystwie Mistrzynią Bólu. Plotki głoszą, że studiowała w męskim przebraniu medycynę na Uniwersytecie Papieskim, lecz nikt nie traktuje poważnie takich rewelacji. Prawdą jest jednak jej ogromne zainteresowanie sposobem funkcjonowania ludzkiego ciała i zamiłowanie do anatomii. Posiada niewielką, lecz dość niezwykłą kolekcje dzieł spoza Dominium, traktujących o ulubionych przez nią dziedzinach. Jedną z perełek w jej zbiorach jest jedyna w Kartinie legalna kopia traktatu z leżącego na najdalszym wschodzie miasta Mu, o zbawiennym wpływie stosowania igieł w lecznictwie, drugą zaś „Arsinoe”, nordyjska rozprawa o sztuce miłosnej.
Osób, które poszukują bólu na równi z rozkoszą jest wbrew pozorom całkiem sporo, zatem pani Torretti nie narzeka na brak patronów. Poza tym jest kobietą o doskonałym obyciu i nienagannych manierach.
Profesja kurtyzany wymaga nie tylko urody. Równie ważna jest erudycja i błyskotliwy dowcip. Na szczęście natura obdarzyła panią Torretti nie tylko pięknym ciałem, ale też bystrym umysłem i poczuciem humoru.
Felisa Torretti ma około dwudziestu sześciu lat, choć ciężko być pewnym, patrząc na tak zadbaną i świadomą wszelkich kobiecych sztuczek osobę. Ubiera się w barwy starego złota i brązu, podkreślające jej nieskazitelną cerę, orzechowe oczy i ciemnoblond włosy. Makijaż stosuje dość oszczędnie, podkreślając, zależnie od sytuacji tylko kontur oczu bądź ust. Nie przesadza w ilości noszonej biżuterii, woląc jednym, znakomicie dobranym drobiazgiem, zaznaczyć wyrafinowaną kompozycję szlachetnych tkanin, lub kunsztowną fryzurę. Porusza się miękko i z wdziękiem, uwielbia taniec. Potrafi odpowiednio kierować rozmową, by wyratować kogoś z niezręcznej sytuacji, bądź przeciwnie, kompletnie go pogrążyć. Nie traci głowy nawet w nietypowych sytuacjach. Mężczyzna, który pojawi się z nią na balu, w teatrze, czy innej publicznej uroczystości nie będzie żałował swojego wyboru.

Dlaczego właśnie Czarny Dwór?

Odwiedzając Czarny Dwór Gracze mają możliwość spotkania wielu osób, z którymi nie zetknęliby się na salonach. Jeśli muszą zdobyć nietypowe informacje, egzotyczne przedmioty, czy znaleźć kontakt w półświatku, to właśnie tu powinni się najpierw skierować. Wszechobecne maski utrudniają rozpoznanie gości, zatem niczym nie ryzykują swojej reputacji. Także dla osób spragnionych oryginalnych rozrywek, emocji towarzyszących ostremu hazardowi czy sztuki wykraczającej poza ogólnie przyjęte normy nie zabraknie atrakcji. Czarny Dwór to miejsce, gdzie dzieje się wiele rzeczy. Tędy przepływają bezimienne strumienie kordinów. Tu, nad kielichem absyntu, rodzi się nowa sztuka, tu krzyżują się ścieżki świata cienia i świata wielkiej dyplomacji. Tu negocjuje się na poważnie umowy, których istnienia nikt by nie podejrzewał. Kto wie, czy któregoś wieczoru któryś z BG nie rozpozna pomimo maski któregoś z arcybiskupów, czy ambasadorów, poszukującego tu nie do końca legalnych rozrywek, czy też informacji, jakie nie powinny ujrzeć światła dziennego…

RPG – Monastyr – Lustrzany pałac

sobota, 19 Maj 2012

Lustrzany pałac

Kindle, stolica Cynazji słynie ze swoich atrakcji. Nikt, kto postanowił spędzić zimę w mieście nie będzie narzekał na nudę. Gdyby jednak komukolwiek obrzydły bale, opera, bywanie na salonach i dworskie gry, może wyruszyć na krótką wycieczkę wzdłuż północnego wybrzeża, do miasteczka Laretta, leżącego w majątku rodziny Soave.

Latarnia

Już z daleka podróżnik może wypatrzeć sylwetę wznoszącej się na stromym klifie latarni morskiej, białej jak kieł na tle niespokojnego nieba. Miejscowe legendy głoszą, że latarnia została wzniesiona przez założyciela rodu jako wotum za ocalenie jego statku podczas zimowego sztormu.
Budowla jest wysoka na 50 metrów i rozciąga się niej fantastyczny widok na położone w oddali Kindle oraz szeroką połać morza bijącego miarowo o podnóże klifu.
Jest to jedno z ulubionych miejsc na urządzenie pleneru malarskiego dla stołecznych artystów, zafascynowanych rozległą perspektywą i niezwykle zmienną pogodą panującą w Laretcie. Szczególnie upodobała sobie ten niezwykły widok grupa akwarelistów z Królewskiej Akademii Sztuki, działająca pod przewodnictwem Artura le Bel, który usiłuje nadać pejzażowi status samodzielnego tematu, niezwiązanego ze sztafażem religijnym bądź mitologicznym.

Miasteczko

Miasteczko Laretta leży około kilometra od wybrzeża, osłonięte od wiatru łagodnym wzgórzem, na którym wznosi się siedziba rodu Soave – Lustrzany pałac. Okolica jest bardzo malownicza, ze względu na soczysty kontrast zielonych łąk, białych, wapiennych skał i nieba, zmieniającego się jak w kalejdoskopie, od czystego błękitu do ołowianej szarości. Na ziemiach rodu Soave zawsze wieje wiatr, w związku z tym tarcza herbowa ozdobiona jest figurą wydętego żagla na błękitnym polu.
Samo miasteczko jest niewielkie i bardzo dobrze utrzymane, ze względu na sporą liczbę odwiedzającej je szlachty. Można tu znaleźć trzy otwarte przez cały rok zajazdy o różnym standardzie, a od maja do października wiele prywatnych domów szeroko otwiera podwoje przed podróżnymi.
Laretta liczy sobie około tysiąca dusz, lecz nikt nie kwestionuje jej praw miejskich, nadanych przez protoplastę rodu Soave około dwustu lat temu. Zdziwić może jednak brak kościoła w miasteczku. Ostały się po nim tylko zarośnięte trawą ruiny w pół drogi pomiędzy Lustrzanym pałacem, a pierwszymi zabudowaniami. Kościół był drewniany i spłonął niedługo po ceremonii ślubnej pana Andreasa de Soave, około pół wieku temu. Od tego czasu w miasteczku panuje nieustająca zbiórka na odbudowę świątyni z kamienia. Jak dotąd mieszczanie nie mieli szczęścia, raz pieniądze zostały skradzione, drugi raz zdefraudowane przez niesławnego burmistrza Viela, powieszonego po długim procesie za oszustwa, zdzierstwa, defraudacje i przemyt.
Mieszkańcy Laretty co niedzielę pielgrzymują do klasztoru św. Teodora, leżącego w pół drogi do Kindle.

Lapidarium

Lustrzany Pałac stoi na szycie wzgórza, pośród rozrzuconych tu i ówdzie białych, wapiennych skał. Miejsce to niezbyt nadaje się do założenia klasycznego ogrodu, więc zamiast niego powstało lapidarium, pełne kamiennych rzeźb, oraz ich fragmentów, ocalonych od zniszczenia. Wielka ozdobą „kamiennego ogrodu” jest rodiańska statua, przedstawiająca uskrzydloną kobietę odzianą w specyficznie udrapowaną tunikę. Od tej rzeźby na Królewskiej Akademii Sztuki przyjęła się nazwa, określająca ów kierunek jako „styl mokrych szat”. Posąg jest okaleczony, postać nie ma głowy i rąk, a ślady na kamieniu wskazują, że przeszła przez co najmniej kilka pożarów i wybuchów. Nic dziwnego, została przecież przywieziona z Ragady. Thomas de Soave, obecny dziedzic posiadłości jest wielkim miłośnikiem starożytności i nie waha się wyprawiać po nowe zdobycze do swojej kolekcji do miejsc uznawanych za skrajnie niebezpieczne. Był już w Alldare, był w Korykei, a obecnie szykuje się do wyprawy aż do Kathardu.
Niedawno lapidarium wzbogaciło się o wspaniałą grupę dwunastu gargulców, podarowanych panu de Soave przez klasztor św. Vigo w Riennes. Mnisi postanowili wznieść zupełnie nowy kościół w miejsce rozsypującej się świątyni, oddali zatem rzeźby, nie pasujące do obecnego stylu w ręce kogoś, kto docenia mistrzostwo dawnych kamieniarzy.

Pałac

Pałac został wzniesiony około 1530 roku, przez Palomierrego, znanego z szalonych wizji architekta z Kartiny. Bryła jest bardzo lekka, dzięki okalającym go arkadom i krużgankom z białego kamienia, a światło wpada do wnętrza przez niezliczone okna, oszklone słynnym białym szkłem z Murano, o niezrównanej przejrzystości.
Wnętrze pałacu jest utrzymane w modnej niegdyś kremowej kolorystyce, akcentowanej dodatkami z ciemnego drewna, takimi jak drzwi, ramy okienne, czy kasetony, którymi wyłożone są sufity. Z czarnego dębu wykonano też ciężkie i masywne meble zdobiące komnaty. Staroświecki wystrój pałacu postanowił urozmaicić syn fundatora, Andreas de Soave.

Legenda głosi, że postanowił zawiesić tyle luster, by jego młoda żona, przechadzając się po pałacu mogła zawsze, w każdym miejscu, podziwiać swoja urodę. Szczególnie bogato została udekorowana sala balowa, gdzie połacie zwierciadeł rozdzielone są tylko wąskimi pilastrami z białego marmuru. Lata biegły, a piękna pani Soave traciła świeży urok młodości, potem urodę dojrzałej kobiety, aż w końcu, któregoś dnia, nie mogąc znieść własnego widoku, który wciąż przypominał jej o minionej chwale, stłukła największe lustro, wiszące w westybulu pałacu. Legenda mówi, że za lustrem znajdował się korytarz wiodący wprost w ciemność, a z niej dobiegały kuszące szepty o wiecznej młodości. Dość rzec, że pani Soave zniknęła tamtego wieczoru. O świcie służba odkryła kawał kamiennej ściany, widoczny w miejscu rozbitego zwierciadła. W jego miejsce czym prędzej wstawiono nowe, by pusta rama nie szpeciła głównego holu, którego często używali goście. Nikt nie śmiał pytać o los Adrianny de Soave ze strachu przed Inkwizycją.
Od tego czasu w pałacu zaczęło straszyć. Nocą, kątem oka można było dostrzec w niezliczonych lustrach przemykające cienie, a w sali balowej tańczącą z własnym odbiciem Adriannę. Służba znikała, nie wiadomo, czy wciągnięta w labirynty tysięcznych odbić, prowadzących do piekła, czy też rzucając prace i po cichu pakując manatki, by nigdy nie powrócić do Laretty. Pan Soave zmarł nagle, a jego ciało znaleziono naprzeciwko lustra, które ongiś strzaskała jego żona. Medycy uznali, że był to atak serca, wywołany przez strach. Synowie postanowili opuścić rodową siedzibę i przenieść się do miasteczka opodal, gdzie do dziś zamieszkują wygodnie trzy połączone ze sobą kamienice.
Inkwizycja z Kindle, zawsze bardziej racjonalistyczna niż jej oddziały z innych miast uznała, że wszystkiemu winna jest legenda, która powstała na temat pałacu, a wszelkie zaginięcia należy przypisać strachowi wywołanemu plotkami i niesamowitą atmosferą, jaką stwarzają lustra. Zniknięcie pani Adrianny uznano za sprawę kryminalną, mimo, że ciała nigdy nie udało się znaleźć.
Dziś siedziba rodu Soave wraz z latarnią morską i białymi klifami stanowi atrakcyjne miejsce wycieczek arystokracji znudzonej stolicą. Miasteczko bardzo na tym korzysta, więc właściciele pałacu bardzo dbają o to, by podtrzymywać czar tajemnicy. Wnętrza sa utrzymane w doskonałym stanie, nie znajdzie się w nich ani odrobinki kurzu. Służba opuszcza pałac wraz z zachodem słońca, by na nowo pojawić się o świcie. Wszyscy spragnieni mocnych wrażeń, za stosowną opłatą, po podpisaniu oświadczenia, że czynią to na własne ryzyko, mogą spędzić noc w jego murach. Każdemu śmiałkowi dana jest zawsze jedna i ta sama rada – Nigdy nie dotykaj luster.

Wykorzystanie lokacji

Lustrzany Pałac i jego okolica to znakomite miejsce, żeby spotkać śmietankę artystyczną stolicy. Niejeden szlachcic, szukając zdolnego malarza wybierał się na plener, by na żywo obejrzeć jego pracę. Wielu mecenasów organizuje też plenery swoim podopiecznym, więc jeśli w drużynie znajduje się artysta, nie powinien pominąć okazji do wyjazdu do Laretty.

Tajemnice Pałacu wciąż przyciągają ludzi ciekawych zagadek. Niejeden kawaler w ramach zakładu wyrusza, by spędzić noc w nawiedzonym miejscu i popisać się odwagą przed swoją damą. Poeci i pisarze co jakiś czas przedstawiają własną, romantyczną wizję wydarzeń sprzed lat, na własna rękę poszukując wyjaśnienia zniknięcia pani Adrianny.

Inkwizycja wciąż bacznie obserwuje okolicę, czekając na manifestację Ciemności, która dałaby pretekst Oficjum do przejęcia majątku i zburzenia feralnego pałacu.

Wreszcie, w pałacu co jakiś czas organizowane są bale i przyjęcia. Ponieważ deszczyk emocji znakomicie rozprasza nudę, nie wszystkie kończą się przed zachodem słońca…

RPG – Monastyr – Zamek Cavarel

piątek, 18 Maj 2012

Zamek Cavarel, cierń na mapie Kary. Drażniący dumę rycerstwa i wzbudzający niepokój Inkwizycji. Heretyckie gniazdo, martwe, wydawałoby się, od dwóch stuleci. Zniszczone ogniem i żelazem. A jednak, posępne ruiny naigrawają się z niedawnych zwycięzców, stanowiąc schronienie dla sił mroczniejszych, niż te, które ongiś wypleniono…

„Zamek został wzniesiony w X wieku, przez przybyłych do Kary krzyżowców. Szybko stał się siedzibą rodu dor Istra, który od nazwy zamku przybrał nazwisko de Cavarel. Wielu godnych następców kontynuowało tradycje krucjatowe, rozszerzając i utrwalając panowanie karianizmu na terenach odebranych Valdorowi. Ród cieszył się dużym szacunkiem, lecz nie odgrywał niemal żadnej roli w polityce, jako że ziemie Cavarelów leżały dość daleko od stolicy.
Upadek nastąpił w połowie XIV wieku, za sprawą herezji. Wytępiona w Kartinie sekta odrodziła się w Karze, za sprawą dwojga ludzi; mnicha Egberta, wyklętego przez Papieża herezjarchy i Leonetty de Cavarel, ostatniej dziedziczki zamku.
Wszystko rozpoczęło się w dniu św.Walamora, gdy Egbert uniknął pojmania w Sarancie, i znanymi jedynie sobie ścieżkami przedostał się w granice Półwyspu Młota. Był wycieńczony, obdarty i zmieniony przez prześladowanie do tego stopnia, że nie rozpoznany prze rycerstwo ani Kościół dotarł aż do ziem pani Leonetty. Słusznie mniemając, że może nie przeżyć kolejnego dnia w dziczy, postanowił poprosić o pomoc w widocznym z daleka zamku. Gdy tam dotarł, dowiedział się szybko, że pani tych ziem jest w ciężkiej żałobie, po zmarłym niedawno mężu i straconym niemal jednocześnie dziecku. Uznając, że oto los mu sprzyja, Egbert postanowił stać się pocieszycielem nieszczęsnej niewiasty. Zataił przed nią swoje imię i pochodzenie, podszywając się pod świątobliwego ascetę, wędrującego od katedry do katedry, w poszukiwaniu oświecenia. Pani de Cavarel, będąc zbyt przygnębioną, by wyrazić większe zainteresowanie nietypowym gościem, w dobrej wierze przyjęła go pod swój dach, gdzie niebawem się zadomowił.
Egbert, tymczasem, korzystając z praw gościa, jął sączyć w uszy wdowy jad herezji. „Oto, prawił, dusza jest tworem wiecznym, żaden demon nie jest w stanie jej zniszczyć, niezależnie od zgody, lub niezgody człowieka. W związku z tym, piekło, które zamieszkują deviria jest miejscem zesłania grzeszników na pokutę, etapem przejściowym. Dusza, odcierpiawszy męki za swój ziemski żywot, oczyszczona wraca do kręgu istnień, aby się odrodzić. Nikt więc nie jest potępiony na zawsze i nawet najczarniejsza magia nie jest w stanie skazać człowieka na niebyt po śmierci, na rozerwanie na strzępy przez deviria, jak głoszą to biskupi. Nie chcą przekazywać ludziom prawdy, obawiając się o swoją doczesną potęgę, której podstawą jest posłuszeństwo i utrzymywanie ludzi w strachu przed grzechem.”
Wdowa przyjmowała początkowo jego nauki niezbyt chętnie, do czasu, kiedy mnich obiecał jej, iż sprawi, że ujrzy ona duszę swego nieodżałowanego małżonka, która po piekielnej karze wraca do świata żywych. Pan de Cavarel nie był dobrym karianinem, zatem największym bólem napełniał wdowę fakt, że nie spotkają się w kolejnych wcieleniach, ba nawet śmierć ich nie połączy. Przeklęta jest miłość, jeśli prowadzi na manowce herezji!
Egbert uczynił to, co obiecał, a obraz, który wdowa ujrzała w lustrze, będącym jakoby oknem do innego świata, przekonał ją o prawdziwości tego, co mówił świątobliwy asceta. Stała się odtąd najgorliwszą wyznawczynią jego poglądów. Jej dwór i poddani nawrócili się wraz z nią, część dobrowolnie, część pod przymusem.
Wysłannik lokalnego biskupa, ojciec Murcjan był pierwsza osobą z zewnątrz, która zetknęła się z sektą Egberta. Wizytując jak co roku odległą parafię, do której należały też ziemie pani Cavarel, zdziwił się mocno słysząc, co Egbert głosił z ambony. Podejrzewając odstępstwo od kanonu Kościoła zawezwał go na dysputę, przed obliczem Inkwizycji w Radeście. Herezjarcha, co oczywiste, nie zgodził się na to i namówił swoją protektorkę na zgładzenie wizytatora. Ten jednak, korzystając z pomocy wieśniaków zdołał zbiec i zawiadomić biskupa. Ten zaś nie zwlekając powołał oddział uczonych teologów i pod silną eskortą swej straży wysłał, aby stwierdzili w śledztwie, czy w zamku doszło de herezji, i w razie potwierdzenia przypuszczeń pojmali i przyprowadzili winowajcę.
Śledczy biskupi zostali zaatakowani tuż po przybyciu na ziemie Cavarelów, co jasno dało wszystkim do zrozumienia, że dzieją się w tym lennie rzeczy, które Kościół z całą stanowczością powinien tępić.
Następną grupę zmierzającą do zamku krnąbrnej pani Leonetty stanowili już krzyżowcy powołani przez biskupa i obdarzeni przezeń licznymi przywilejami w zamian za zniszczenie gniazda herezji oraz pojmanie przywódców sekty. Krucjatą dowodził doświadczony w licznych bojach hrabia Rajmund dor Miraval.
Długo można by opisywać heroiczne zmagania, jakie toczyły ze sobą obie strony. Można uronić łzę za czasem minionym, który nawet śmiertelnym wrogom nakazywał stosowanie się do zasad honoru i kodeksu rycerskiego. Zamek opierał się blisko pół roku siłom krzyżowców, lecz w końcu przyszedł czas, że jego mury padły, skruszone przez potężne mangonele i trebusze. Wtedy oblegający wdarli się do środka i pokonali wyczerpanych obrońców.
Kobietom i dzieciom, które schroniły się w donżonie zagwarantowano absolutną nietykalność, pod warunkiem wydania znajdującej się pomiędzy nimi dziedziczki, co też zostało uczynione.
Nie było jednak czasu na długi i dogłębny proces, ponieważ do granic Kary zbliżał się wróg, i całe rycerstwo potrzebne było gdzie indziej. Leonetta de Cavarel znalazła śmierć ukamienowana w zamkowej studni, zgodnie z zaleceniami Katedraliów o traktowaniu odstępców. Egberta przekazano biskupowi, winnych zaś herezji mężczyzn, którzy nie okazali skruchy, zgromadzono w głównej sali zamku i spalono razem z całą budowlą.
Forteca, a właściwie wypalone ruiny które z niej pozostały, stała się własnością zwycięskiego wodza. Potomek zwycięzcy, poeta, Joscelin dor Miraval, w swych wierszach często wspominał o klątwie, jaką rzuciła na jego przodka umierająca Leonetta. Nie wiadomo do dziś, ile jest w tym prawdy, lecz ród Dor Miraval, po licznych nieszczęściach jakiego dotknęły, już w następnym pokoleniu opuścił zdobyte ziemie i nigdy na nie nie powrócił.”

Albert Kar Issos „Herezje wieków minionych”- Wyimek z Roczników opactwa św. Martina w Morme.

Czym jest zamek Cavarel obecnie, ponad dwieście lat po krucjacie?
Z dala ruiny wyglądają imponująco, wznosząc się na stromej skale ponad rzeczną doliną. W promieniu 2 mil agaryjskich [14km] od zamku nie spotka się żywego ducha. Czasem przemykają zwierzęta, czasem zbłądzą tam banici, lecz nawet oni czym prędzej opuszczają te tereny zdjęci strachem. Wolą nawet wpaść w ręce ścigającej ich straży, niż ryzykować zapuszczanie się głębiej w dzikie ostępy wokół zamku. Okoliczni chłopi twierdzą, że ta ziemia jest przeklęta. Zamek upodobały sobie upiory spalonych heretyków, jako że z braku czasu nie przeprowadzono tam niezbędnych egzorcyzmów.
Z całej budowli ostała się główna wieża o nietypowym przekroju łzy, z resztkami wiodących na szczyt schodów. Rozciąga się z niej imponujący widok na całą okolicę. Z głównej sali pozostały dwie dłuższe ściany i żebra sklepienia. Reszta to zębate rumowiska osmalonych kamieni. Dziedziniec przetrwał wieki opuszczenia dość dobrym stanie. W jego centrum znajduje się murowana, czworokątna studnia. Wewnątrz można dostrzec kamienie. Wypełniają studnię niemal do połowy. Pod nimi wciąż musi znajdować się pogruchotane ciało Leonetty.
Jeśli dobrze przeszukać teren ruin, można natrafić na wylot kanału odprowadzającego z zamku ścieki. Dawniej pod częścią zamku płynął niewielki strumień, lecz oblegający twierdzę krzyżowcy skierowali jego nurt w inną stronę, chcąc odciąć obrońców od wody. Wydajność studni była zbyt mała, by wystarczyć wszystkim zgromadzonym w nim ludziom.
Już w czasach Joscelina dor Miraval starano się powszechnie unikać okolicy zamku, ponieważ panoszyły się pogłoski o widmach i sabatach deviria. Drogi prowadzące do ruin zarosły chaszczami, a okoliczne wsie opustoszały. Kilka wypraw wysłanych przez lokalnych biskupów niewiele zdziałało w tej sprawie. Żadnemu człowiekowi nie udało się nawet dotrzeć do ruin. Wśród rycerstwa już w drodze wybuchały spory o władzę, bądź brały górę emocje i stare waśnie niszczyły jedność krzyżowców rozbijając krucjatę. Wśród duchowieństwa dominował strach i nagle przychodzące zwątpienie, które skłaniało do odwrotu, gdy tylko na horyzoncie zamajaczyły czarne ruiny.
Na jakiś czas zapomniano o nawiedzonym zamku, ponieważ w obliczu kontrofensywy Valdoru wszystkie siły państwa skupiły się na płonącej granicy.
Od kilku lat jednak, zamek Cavarel budzi niepokój Inkwizycji, a często udające się w te okolice poselstwa Oficjum zbierają doniesienia i przygotowują grunt pod ekspedycję.
Rządy Ciemności w tym miejscu muszą się wreszcie zakończyć. Czy zechcesz dołączyć do grona śmiałków, którzy z wiarą w sercu i mieczem w dłoni stawią jej czoła?

Jak można wykorzystać zamek na sesji?

Inkwizycja szykuje się do kolejnej krucjaty, zatem można dołączyć do formujących się oddziałów. Ze służbą Kościołowi wiążą się całkiem wymierne korzyści, znajomości, pieniądze, odpuszczenie grzechów.

Plotki głoszą, że w ruinach sekta ukryła swoje skarby, więc wszelkiej maści awanturnicy mogą połasić na „łatwe” pieniądze. Tak samo osoby poszukujące artefaktów mogą dać się skusić legendzie tego miejsca.

Ścigani mogą szukać miejsca, gdzie mogliby przeczekać pogoń, łowcy mogą poszukiwać kryjących się tam banitów.

W zależności od rodzaju graczy i ich celów można dopasować motywy, które mogą ich skierować do nawiedzonego zamku.

Co mogą tam znaleźć? Wszystko, co tylko przyjdzie do głowy MG :)

RPG – Monastyr – Karyjskie rody rycerskie

czwartek, 17 Maj 2012

Słowem wstępu – olałam supozycje autorów podręcznika co do imion i nazw, i zrobiłam wszystko jak zwykle – po swojemu.

Karyjskie rody rycerskie:

Dor Harvel [tytuł barona]

Herb: 3 złote liście dębowe w polu czerwonym.

Głowa rodu: Leonetta Dor Harvel.

Harvelowie przybyli do Kary wraz z I Krucjatą. Są bardzo dumni ze swojej długiej historii i od zawsze starali się ją dokładnie udokumentować. Obecnie prowadzą najdokładniejsze księgi heraldyczne w całej Karze. W tej mierze ustępują jedynie Inkwizycji, lecz do ksiąg Officjum mało kto ma wolny wgląd. Większość swatów w razie wątpliwości co do stopnia pokrewieństwa lub też stosowności małżeństwa pomiędzy rodami o różnej pozycji zasięga rady u pani Leonetty dor Harvel. Dama ta, od dwudziestu lat wdowa, trzyma swój ród żelazną ręką. Jej synowie pozornie pogodzili się z myślą, iż nie obejmą dziedzictwa we władanie, a szansę na to mają raczej ich dzieci. W rodzinie wciąż trwa walka o wpływy na razie duszona w zarodku przez panią Leonettę, ale jej śmierć będzie zarzewiem rzuconym na beczkę prochu, jaką stała się rodzina. Kto wie, może któremuś z jej synów już zaświtał w głowie pomysł na przyspieszenie tego momentu?…

Dor Istra [tytuł barona]

Herb: srebrna wieża w polu czarnym.

Głowa rodu: Magnus Dor Istra.

Dor Istra – ród osiadły na karyjskiej ziemi za czasów III Krucjaty. Są jednymi z tych, którzy nigdy nie zerwali kontaktów łączących ich z Dorią, i nadal aktywnie je podtrzymują. Tak więc, kiedy większość Karyjczyków dla wojny wybiera się na zachód, na ziemie Valdoru, Istrowie płyną na wschód, wspierać krewniaków w walce z Kordem. Z tego właśnie powodu niewiele piastują stanowisk w karyjskiej armii, lecz wszędzie tam, gdzie liczy się doświadczenie zdobyte w podróży są mile widziani, i często zasięga się ich opinii. Dor Istra organizują też dalekie pielgrzymki, które mimo długiej podróży i sporych kosztów zawsze przyciągają rzesze chętnych. Ostatnia pielgrzymka do Santii ruszyła półtora roku temu, wczesną wiosną, tuż po puszczeniu lodów. Ostatnie wieści przyszły przed zimą. Pątnicy powinni być już w domu, lecz ich ślad urwał się w drodze powrotnej i nikt nie potrafi powiedzieć, co się z nimi stało…

Dor Miel [tytuł barona]

Herb: w tarczy srebrno – zielonej złoty krzyż kawalerski.

Głowa rodu: Herevard Dor Miel.

Najmłodszy syn osiadłego w Karze krzyżowca, Martin Dor Miel był chorowitym dzieckiem. Nikt nie wróżył mu długiego życia. Żal było patrzeć jak wesoły i bystry chłopie co roku zmaga się z chorobami przywodzącymi go na skraj śmierci. Surowe i zimne ziemie Dor Mielów nie służyły jego zdrowiu. W końcu matka przełamując ból związany z oddaleniem od dziecka odesłała go do krewnych w Radeście. Chłopiec miał wstąpić do klasztoru, jednak Jedyny zarządził inaczej.
Jego oczytanie i dowcip spodobały się kardynalskiemu emisariuszowi, który stał się jego patronem. We właściwym czasie uczeń zastąpił mistrza, i przejął jego obowiązki. Ponieważ pokojowa służba Karze nie jest zbyt popularna wśród rycerstwa, zawsze jest sporo wakatów, które czekają na ludzi śmiałych i obytych, gotowych podjąć wyzwanie.
Potomkowie Martina Dor Miel znakomicie sprawdzają się w tej roli, od trzech pokoleń kontynuując służbę w oficjalnej dyplomacji. Z każdej rodziny przynajmniej jedno dziecko, dowolnej płci, jest posyłane do szkół w Radeście, a potem terminuje u któregoś z karyjskich emisariuszy, niosących niestrudzenie orędzie walki z Ciemnością do wszystkich państw Dominium.

Dor Miraval [tytuł barona]

Herby: srebrna róża w polu szkarłatnym, Miravalowie na łąkach.

Stary herb doryjski, złocisto-błękitna szachownica – Miravalowie na skale. Miravalowie na skale są właścicielami zamku Cavarel.

Głowa rodu: Hektor Dor Miraval. Dziedzicami tytułu są jego wnukowie, bliźniacy Valaris i Amadis. Trzeci z braci, Doriel jest giermkiem księcia Heste, nowicjuszem w Zakonie Templariuszy.
Popularne powiedzenie mówi, że Miravalowie są zrobieni z błękitu i złota. Odnosi się to do ich urody, ponieważ przewagę wśród nich mają blondyni o niebieskich oczach. Sami Miravalowie twierdzą, że powiedzenie ma źródło za morzem, w Dorii. Tamtejsze ich ziemie słynęły z rozległych upraw zbóż. Mnich Tertianos pielgrzymujący do Santii w II wieku zapisał w swoich notatkach, że przez całe dnie można było jechać przez lenna nie widząc innych barw niż złoto pól i błękit nieba. Od tych zresztą kolorów Miravalowie przyjęli swój doryjski herb. Do dziś członkowie rodu wraz z nadejściem wiosny wyruszają na objazd swoich ziem, i bywa, że wracają dopiero na żniwa, żeby własnoręcznie położyć pierwszy pokos.
Miravalowie osiedlili się w Karze za czasów I Krucjaty. Z tamtego okresu zachowało się kilka pieśni religijnych układanych przez poetów noszących to nazwisko. Ród ten zawsze słynął z zamiłowania do muzyki, i wydał wielu słynnych w Karze trubadurów.
Do dziś rodzina Dor Miraval pielęgnuje tradycje wyniesione z Dorii i tamtejsze zwyczaje. Do nich, jako znawców etykiety i kultury dworskiej niejednokrotnie odwołują się mistrzowie ceremonii zarówno króla jak i Kardynała.

Dor Molay [tytuł hrabiowski]

Herb: lew wspięty w polu czerwonym.

Głowa rodu: Ariald Dor Molay. Jego brat Rainer Dor Molay piastuje obecnie stanowisko wielkiego mistrza Templariuszy.

Pierwsi Molayowie przybyli do Kary podczas III Krucjaty. Po osiedleniu się na zdobytej ziemi przyjęli przed nazwiskiem przedrostek Kar. Krewniacy, którzy uczestniczyli w IV i V Krucjacie pozostali przy starej pisowni Dor, dla podkreślenia odrębności rodzin. Obecne rodzina Kar Molay nieco podupadła. Ich ziemie zostały spustoszone przez kilka klęsk żywiołowych i dopiero dźwigają się ze zniszczeń. Tymczasem obdarowana tytułem hrabiowskim młodsza gałąź rodu pnie się wzwyż dzięki świetnym małżeństwom i objęciu wysoce prestiżowych funkcji w państwie. Hrabia Ariald jest promowany na następcę księcia Doriana Kar Heste jako dowódcy wywiadu królewskiego.
Molayowie są bardzo zasadniczy, nie tolerują odstępstw od powinności rycerskich ani uchybień etykiety. Poważni i skupieni na obowiązkach słyną z sumienności i nieugiętości. Anegdota mówi, że zaczęli przyznawać się do posiadania poczucia humoru dopiero po encyklice Kardynała Dominika de Nevres, który wskazywał, że śmiech niszczy strach, zatem jest orężem w walce przeciwko Ciemności.

Kar Drenes [tytuł kawalerski] granica agaryjska.

Herb: dwa klucze złote w polu błękitnym.

Głowa rodu: Adalbert Kar Drenes.

Początki historii rodu sięgają VI Krucjaty, kiedy to nawrócony Agaryjczyk, Ivan Drenes samoszóst bronił mostu przed przeważającymi siłami z Valdoru.
Jego poświęcenie zostało nagrodzone nadaniem mu tytułu szlacheckiego oraz lenna na granicy Kary i Agarii. Herbowe klucze symbolizują strażników granicy. Dla odróżnienia od rodziny, która pozostała w Agarii i nadal trwała w pogaństwie Ivan Drenes wzorem krzyżowców osiadłych na Półwyspie Młota przyjął przedrostek Kar przed nazwiskiem.
Minionego roku gorące lato sprzyjało wylęganiu się wszelkich zaraz, zatem wielu starszych członków rodu zeszło z tego świata, a tytuł głowy rodu przypadł w udziale drugiemu synowi poprzedniego suwerena. Pan Adalbert dowiedział się o dziedzictwie w czasie odbywania dorocznej służby na granicy karyjsko-valdorskiej, zatem jako dobry karianin przedłożył obowiązek wobec wiary ponad świecką schedę, i wrócił do domu dopiero na jesieni. W czasie drogi powrotnej wyszedł cało z kilku zmyślnych zasadzek, które jednak uznał za rzecz zwyczajną na pograniczu. Rycerz podróżujący wraz ze swym pocztem już nie raz kusił przeróżnych rabusiów do łatwego z pozoru zarobku. Ku swojemu zdziwieniu po powrocie zastał bramy zamku zamknięte na głucho i strzelców na blankach. Jak się okazało, w czasie jego nieobecności dziedzictwo postanowiła zagarnąć jego przedsiębiorcza małżonka wraz ze swoim kochankiem. Z pomocą sąsiadów pan Drenes zdołał odbić zamek. Niestety, winowajcom udało się zbiec do Agarii, pod opiekę tamtejszego odłamu rodziny.
Rogacz, wygnana żona i kochanek – to materiał na tragedię w iście antycznym stylu.

Kar Heste [tytuł książęcy]

Herb: trzy krzyże srebrne w polu zielonym

Głowa rodu: Dorian Kar Heste.

Ród Heste słynie z ludzi ekscentrycznych. Z „Dzienników” Michelisa opiewających losy II Krucjaty wyczytać można sporo o fantazji i zamiłowaniu do ryzyka, jakie cechowało ten ród. Własne kroniki rodziny Kar Heste również z upodobaniem odnotowują przeróżne ekscesy spowodowane przez jej członków. Na przykład zablokowanie jedynego mostu pomiędzy Karą a Agarią przez rycerza w zieleni, który wyzywał do walki każdego, kto miał zamiar przejechać drogą. Wystarczyło, by wyzwany stanął do walki, by niezależnie od wyniku pojedynku rycerz przepuścił go dalej. Niestety, przez cały dzień nie zjawił się nikt odważny. Dopiero rankiem następnego dnia powiadomiony o wszystkim pan Kar Drenes wyzwał rycerza i po wygranej walce nakazał mu opuścić most, co tenże uczynił. Inny znów wybrał się wiosną na objazd zamków sąsiadów w stroju błędnego rycerza, wyzywając każdego, kto nie przyznał mu racji, gdy obwieszczał, że najpiękniejszą i najcnotliwszą z kobiet jest jego narzeczona. Cała wyprawa była, jak się okazało, prezentem urodzinowym dla jego damy.
Książę Dorian na tle przodków uchodzi za wyjątkowo rozsądnego i zdyscyplinowanego człowieka, w czym sporą zasługę ma długoletni staż w zakonie Templariuszy i późniejsza służba w wywiadzie królewskim. Niektórych dziwi jego zamiłowanie do zapasów i pięściarstwa, obce większości dobrze urodzonych, ale pozycja księcia i sława rodu pozwala mu na nie przejmowanie się cudzymi opiniami. Dorian Kar Heste w związku z małżeństwem z księżną Agnes de Clermont musiał opuścić Zakon, lecz nadal aktywnie wspiera jego działania. Jako suweren rodu Kar Issos poczuwa się do dbania o swoich wasali, i funduje oprawę pasowania oraz sprzęt rycerski dla jednego z nich rocznie.
Ród Heste znany jest też z organizowania turnieju plebejskiego, w którym gwoździem programu są wyścigi zaprzęgów wołowych. Udział mogą w nich brać jedynie plebejusze, ale co roku kilku szlachciców startuje w nich w przebraniu i pod przybranym nazwiskiem.

Kar Issos [tytuł barona]

Herb: krzyż srebrny w polu czerwonym.

Issosowie dzielą się na cztery klany, zależnie od położenia ich włości. Sami przedstawiają się często dodając do nazwiska określenia: na piasku, na błotach, na puszczy, na kamieniu.
Głowami rodzin są kolejno: na piasku Robert, a błotach Andreas, na puszczy Konrad, na kamieniu Justus.

Z młodego pokolenia wyróżnili się już się w zakonie Templariuszy Orestes, w Inkwizycji Marcus, i w dyplomacji królewskiej Berengar.

Issosowie są liczni, biedni i bitni. Ich spore z początku ziemie, zdobyte w czasie II krucjaty, zostały rozdrobnione pomiędzy potomków zbyt licznych, by zdołały ich wyżywić. Ponieważ Issoswie wierzą, że każde dziecko jest darem Jedynego, uważają, że należy mieć ich jak najwięcej. Jest to dowodem łaski. Ponieważ Pan nie zwykł zapominać o swoich wiernych sługach, to nie da im umrzeć z głodu. Co dla wielu zadziwiające – ta taktyka się sprawdza. W rodzie Issosów nigdy się nie przelewało, ale w czasie wielkiej biedy rodzina wspiera się nawzajem ze szczerego serca i z wielkim oddaniem. Karyjscy chłopi bardzo ich szanują, bo to jedyna szlachta, która wie, co to głód, wygrzebywanie spod ziemi kłączy na przednówku, i dzielenie jednej miski kartofli na całą rodzinę. Jeśli trzeba Issosowie potrafią pracować w polu razem ze swoimi poddanymi, i nie uważają tego za powód do wstydu. Skoligaceni są z Istrami i Ardennami, którzy sąsiadują z ich lennami.
Issosowie słyną z odwagi i pogody ducha. Czerpią z życia pełnymi garściami, wiedząc, że fortuna jest rzeczą ulotną, a tego, co przeżyte, wypite i zjedzone nikt im już nie odbierze. Z tego też powodu gardzą skąpstwem i chciwością. Są bardzo szczerzy i nie ukrywają swoich poglądów. Bezkompromisowość i umiłowanie prawdy wielu z nich zaprowadziło w szeregi sług Kościoła, a szczególnie Inkwizycji. Są doskonałymi śledczymi, łatwo zdobywającymi ludzkie zaufanie. Issosów można spotkać dosłownie wszędzie, w każdym zakątku Kary mają krewniaków i krewniaczki, w każdy ród wżeniona jest przynajmniej jedna panna z domu Kar Issos, więc stanowią jedną z najlepiej poinformowanych rodzin w całym państwie. Samych zbrojnych noszących to nazwisko ród może wystawić co najmniej dwie setki, więc jest to licząca się siła.

Kar Neiss [tytuł barona]

Herb: jednorożec wspięty w polu błękitnym.

Głowy rodu : Tankred Kar Neiss i Arvin Kar Neiss.

Ród jest podzielony na dwie linie, ze względu na rozmieszczenie rodzin na drzewie genealogicznym dla żartu nazwane kiedyś Lewą i Prawą, Sinister i Dexter,.
Obie linie są ze sobą skłócone od niemal stu lat, kiedy cioteczni bracia będący głowami swoich rodzin starli się ze sobą na turnieju z okazji urodzin księżniczki Alison de Courtenay. Ponieważ dama odrzuciła obu zalotników, każdy na rywala zrzucił winę za własne niepowodzenie. W czasie krucjaty, która nastąpiła w tym samym roku obaj panowie wraz z pocztami krewniaków zaciągnęli się do rywalizujących ze sobą oddziałów – Dexter do kardynalskiego, Sinister do królewskiego. Ich wzajemne animozje zostały sprytnie wykorzystane przez kilku karierowiczów z dyplomatycznymi umiejętnościami, więc obaj rycerze zostali wystawieni na pośmiewisko. Nie poprawiło to bynajmniej ich wzajemnych stosunków. Do dziś obie linie rodowe kontynuują waśń i nie zamierzają w żaden sposób dążyć do zgody. Kilka incydentów w każdym pokoleniu podsyca wzajemne pretensje i rodzi nowe oskarżenia.
Siedziba rodu, nazywana dawniej Twierdzą Śniegu, od lat porasta chwastami i kruszeje pod naporem wiatru i deszczu. Każda próba zajęcia jej przez którąś ze stron powoduje natychmiastowa reakcję i przygotowania do wojny. Ponieważ rodowa waśń zirytowała nowo wybranego Kardynała, może się okazać, że dni prywatnej wojny rodu Kar Neiss dobiegają końca. Jednak nie sposób nie zastanawiać się, jaką reakcję Króla wzbudzi interwencja Jego Eminencji…

Kar Tierne [tytuł hrabiowski]

Herb: czerwony smok w polu srebrnym.

Głową rodu jest Lothar Kar Tierne.

Tiernowie osiedlili się w Karze dość późno, za czasów IX Krucjaty, kiedy kontrofensywa Valdoru zepchnęła krzyżowców niemal do linii Grzmiącej Rzeki, wprost na pogańską Agarię.
Jest to jeden z tych rodów, które od wieków siedzą na własnej ziemi i rzadko wybierają się w świat. Słyną z doskonałych myśliwych i wspaniałych psów. Ogromne czarne brytany do polowania na deviria i ludzi są hodowane i układane na ziemiach tego rodu.
Smok na tarczy Tiernów jest według legendy jednym z trofeów założyciela rodziny, który spędził kilka lat w elfiej niewoli w Valdorze, walcząc na tamtejszych arenach z najróżniejszymi monstrami. Z niewoli prócz doświadczenia i blizn przywiózł również szczenięta, które dały początek ich słynnej hodowli. Karyjskie psy dały początek wielu dzisiejszym rasom w Dominium, począwszy od kordyjskich alanos, kończąc na nordyjskich psach gończych, używanych w okupowanej Bardanii do tropienia partyzantów.
Obecnie kupienie szczenięcia czystej krwi przez kogoś z poza Kary jest niemożliwe. Ród Tierne, z przyczyn znanych podobno tylko Kardynałowi odmawia wywozu psów poza granice państwa. Zatem, jeżeli na arenie w Cynazji zobaczy się karyjskiego brytana, zwierzę na pewno nie dostało się w tam legalną drogą…

Kar Velt [tytuł hrabiowski]

Herb: złoty wieniec w polu czerwonym.

Głową rodu jest: Henryk Kar Velt, dziedzic tytułu: Morholt Kar Velt, rywal Arialda Dor Molay w zabiegach o stanowisko szefa królewskiego wywiadu.

Veltowie są jednym ze starych rodów, osiadłych w Karze za IV Krucjaty. Nigdy nie zaliczali się do rodów licznych, natomiast zawsze do wpływowych. W cały kraju znani są z rozsądku i rozwagi. Zawsze przemyślą każdą ze swoich decyzji, nie działają na oślep, co zdarza się wielu innym, których ponosi wiara i wnikający z niej entuzjazm. Z tego też powodu powierzane jest im chętnie dowództwo nad dużymi operacjami wojskowymi i dyplomatycznymi. Kilku z nich aktywnie wspiera Zakon Templariuszy, lecz rzadko ktoś z tego rodu składa śluby i wstępuje w jego szeregi. Veltów jest po prostu zbyt mało, by pozwolić któremukolwiek na złożenie ślubów i odejście od spraw tego świata. Z powodu wielu wojennych przewag czasem zadzierają nosa, lecz zwykle ktoś wyjątkowo spektakularnie im go uciera.
Veltowie posiadają rozległe dobra graniczące z ziemiami Molayów, z którymi od wieków żyją w wielkiej przyjaźni. Należą do jednych z bogatszych rodzin w Karze, ale w żaden sposób nie manifestują zamożności. Mniej surowi od Molayów w kwestii obyczajów chętniej organizują zabawy, oprawy świąt i turnieje. Jako rasowi kobieciarze lubią mieć okazje do nowych odbojów. Żenią się późno i w wyborze małżonki bywają niesamowicie wprost wybredni. Plotka głosi, że ściągnęli na siebie przekleństwo i zakochują się tylko raz w życiu, a wtedy od razu do grobowej deski. Prawdą jest jednak, że trzech ostatnich suwerenów tego rodu przywiozło sobie żony z poza Kary. Morholt Kar Velt ożenił się Doris Kohl von Essen, którą poznał na krucjacie w Minorii, gdzie dowodziła współpracującym z Karyjczykami oddziałem. Obecnie nazwisko Kar Velt przysługujące z racji urodzenia nosi tylko jedna kobieta. Jest to córka pana Henryka, Ida Kar Velt, wdowa po Filipie de Courtenay. Pani Ida należy do prywatnej gwardii kardynalskiej.
Ponieważ w Karze każdą służbę odbywa się na chwałę Jedynego, nie ma zajęć hańbiących. Z tego powodu nikt nie wstydzi się członka rodziny, który w innym kraju uznany byłby od razu od razu czarną owcą. W szeregach królewskiego wywiadu pracuje Bertram Kar Velt, jeden z lepszych specjalistów od zadań niemożliwych, jak to określa książę Kar Heste. W związku z tym rozgrywka o stołek szefa wywiadu jaką prowadzi z Kar Veltem Dor Molay może być nader ciekawa. Niektórzy już zakładają się cichu o to, co zwycięży. Przyjaźń czy ambicja?…

Kar Venis [tytuł kawalerski]

Herb: pas srebrny w polu czarnym.

Głową rodu jest: Aeslind Kar Venis.

Venisowie zjawili się w Karze za IV Krucjaty. Ich kroniki podają, że przybyli aż z terenów dzisiejszej Santii. N początku byli to dwaj braci, egzorcyści z zakonu św. Doriana. Ich poświęcenie w zwalczaniu valdorskiej magii zaowocowało nadaniami lennymi i niższym tytułem szlacheckim. Synowie egzorcystów wybrali w większości drogę miecza, służąc w armiach kolejnych Kardynałów i wraz z nimi wyruszając daleko w głąb pogańskich krain.
Tą ścieżkę wybrał też dla siebie ostatni dziedzic rodu, Hadrian ‘Corvo’ Kar Venis. Schedę pozostawił siostrze, a sam wstąpił do Zakonu Templariuszy. Wielu wróżyło młodzieńcowi błyskotliwa karierę, widząc jego wiarę i oddanie obowiązkom. Tym większym zaskoczeniem okazało się jego potajemne odejście do Valdoru. Co prawda Mistrz Templariuszy twierdzi, że otrzymał raport o zastrzeleniu renegata, ale wielu nie jest pewnych, czy nie jest to tylko kłamstwo spreparowane dla oczyszczenia dobrego imienia Zakonu. Inni znów upatrują w tym intrygi mającej uniemożliwić panu Hadrianowi objęcie dziedzictwa. Dzięki takiemu wybiegowi scheda może przejść poprzez małżeństwo na rodzinę tego, kto poślubi Aeslind, a w przypadku niepodważalnego udowodnienia zdrady, w ręce Kościoła. Wokół panny Kar Venis toczą się złożone intrygi, w których biorą udział wszystkie liczące się w Karze siły.
Co stanie się, jeśli wyklęty powróci i upomni się o swoje dziedzictwo?

Kar Vidal [tytuł barona]

Herb: jastrząb srebrno-czarny w polu dzielonym tych samych barw.

Głowa rodu: Huon Kar Vidal.

Vidalowie przybyli do Kary w czasie V Krucjaty. Ród nigdy nie należał do wielkich, ale zawsze do poważanych. Jego członkowie najwyżej cenili służbę rycerską, ale zaraz po niej wiedzę. Jest to jedyny ród, w którym każde dziecko, niezależnie od płci, zaraz po nauce pacierza uczone jest czytania, pisania i arytmetyki. Zamiłowanie do wojny i nauki sprawiło, że synowie tego rodu zwycięstwa nad Ciemnością upatrywali zawsze w najnowszych zdobyczach techniki. Wielu wyjeżdżało z Kary kształcić się na uniwersytetach w całym Dominium, po czym wykorzystywało zdobytą wiedzę dla dobra Kary. Zamek Vidalów był pierwszą prywatną fortecą wyposażoną w działa. Do dziś zresztą członkowie rodziny słyną z zamiłowania do broni palnej i często powierza się im funkcję dowódców artylerii.
Około stu lat temu ród podzielił się na dwie gałęzie, przez co niewielki majątek rodziny uległ dalszemu rozdrobnieniu. Dziś jedna z gałęzi wymiera. Dziedzic tytułu, Tristan Kar Vidal wybrał karierę kościelną, i wszelkie związane z tym wyrzeczenia, jego siostry zaś zrzekły się praw do majątku. Jedna poślubiła cynazyjskiego arystokratę, druga zaś jest pierwszą od czasów świętej Milviny kobietą w Zakonie Templariuszy. Ziemie rodu zostały oddane w zarząd miejscowemu biskupowi, dopóki nie zostaną uregulowane sporne prawa własności. Pan Huon Kar Vidal nie chce czekać na wynik procesu z rodziną Dor Miel, z której pochodziła żona ostatniego suwerena, i szykuje się do zajazdu. Dwie córki Huona niedługo wychodzą za mąż, i rodzina bardzo potrzebuje majątku krewniaków.

De Courtenay [tytuł książęcy]

Herb: miecz srebrny w polu szkarłatnym.

Głowa rodu: Simon de Courtenay.

Courtenayowie są wpływowi. Mają surowe obyczaje i od najmłodszego uczą się bezwzględnej dyscypliny. Courtenayowie są bogaci, ale ostentacyjnie okazują skromność i pokorę.
Nie są zbyt lubiani, choć popularni, jako możni patronowie.
Może to wrażenie hipokryzji, jakie zawsze towarzyszyło ich poczynaniom zrażało do nich kolejnych przyjaciół, może niechęć do występowania z mieczem w ręku w obronie wiary, a może niepohamowana chciwość.
Dość rzec, że krążą plotki jakoby Inkwizycja miała się uważnie przyglądać całej rodzinie. A plotki tego typu mają w Karze tylko jeden skutek – cały ród traktowany jest jak gniazdo zadżumionych. Jako dowód, że są prawdziwe wskazuje się, że Anna de Courtenay, piastująca przecież wysokie stanowisko starszego śledczego Officjum nigdy ich nie zdementowała. Inni wzruszają ramionami, twierdząc, że pani de Courtenay jest od wielu lat obrażona na rodzinę za swoje wczesne i wyjątkowo nieudane małżeństwo. Jeszcze inni za powód jej milczenia wskazują na procedury obwiązujące w Inkwizycji, które nie pozwalają zdradzać, przeciwko komu toczy się śledztwo. Nikt zatem nie wie nic pewnego, natomiast rodzina pozostaje w męczącym zawieszeniu, pomiędzy podejrzeniami, z których nie ma jak się oczyścić a oczekiwaniem na oficjalne oskarżenie. Stan ten sprawia, że pozycja domu spada, maleją wpływy od wasali, a córki Courtenayów daremnie oczekują na propozycje godnego małżeństwa.

De Montfort [tytuł hrabiowski]

Herb: orzeł czarny w polu złotym.

Głowa rodu: Almaryk de Montfort.

Rodzina Montfortów przybyła do Kary wraz z VII Krucjatą, nazywaną czarną. Była to jedyna wyprawa w historii Kary, poza I Krucjatą, której nie przewodził Karyjczyk. Nigdy więcej nie popełniono już tego błędu.
Cynazyjski dowódca, prowadzący oddziały zebrane w całym Dominium, poniósł klęskę na własne życzenie. Oddalił lokalnych doradców, nie chcąc dzielić się z nikim sławą zwycięskiego wodza. Zlekceważył zalecenia księży i poprowadził armię tak samo, jakby toczył wojnę przeciw ludziom na ziemiach Dominium.
Bracia de Montfort uszli cało z pogromu, zbierając wokół siebie innych ocalałych. Przedzierali się przez Valdor w stronę Kary, lecz zatrzymała ich Grzmiąca rzeka, wezbrana po letnich ulewach. Szczupłemu oddziałowi udało się zająć małą strażnicę nad brzegiem rzeki, i umocnić na tyle, by obronić przed mniejszymi zagonami pogan. Zrządzeniem losu przyszło im trzymać strażnicę aż do zimy, raz po raz odpierając szturmy, likwidując szpiegów i zdrajców, i daremnie czekając na pomoc.
Z pułapki oswobodziła ich dopiero zima, kiedy po zamarzniętej rzece część oddziału uszła do Kary. Bracia de Montfort wraz z pięcioma innymi rycerzami zostali bronić stanicy, aby ułatwić ucieczkę innym. Po udanym szturmie pogan zostali wzięci do niewoli, z której dopiero po roku negocjacji wykupił ich osobiście Kardynał. Obaj rycerze otrzymali nadania na granicy Kary z Valdorem, oraz tytuł hrabiowski.
Do dziś rodzina kontynuuje chlubne tradycje przodków. Montfortowie z poświęceniem bronią granic, umacniają je przed atakami z zachodu, ponadto z powodzeniem studiują najnowsze wynalazki w dziedzinie budowy twierdz i stosują zdobyte umiejętności we wznoszeniu fortyfikacji, zamieniając granicę na Grzmiącej w teren nie do przebycia. Razem z rodziną Kar Vidal stanowią awangardę w karyjskim sposobie prowadzenia wojen, a ich zasługi niejednokrotnie nagradzane były przez kolejnych Kardynałów.
Sukces i wiedza mają jednak swoją cenę. Valdor nie ustaje w próbach porywania członków rodu, licząc, że któryś w końcu wyjawi sekrety umocnień. Jak na razie, Montfortowie zawsze zabierali ze sobą do grobu tajemnice karyjskich twierdz. Lecz kto wie, jak będzie następnym razem?…

De Nevres [tytuł książęcy]

Herb: krzyż skośny srebrny w polu czerwonym.

Z tego rodu wywodził się poprzedni Kardynał Kary, książę Dominik de Nevres. Na nim też oficjalnie zakończył się ród. Ogromne dobra zostały przekazane testamentem karyjskiemu Kościołowi, jako oprawa dla kolejnego Kardynała.
De Nevres przybyli do Kary około 100 lat wcześniej z Cynazji. Tamtejsza gałąź rodu ma się dobrze i wciąż się rozwija, zdobywając kolejne, coraz wyższe stanowiska w dyplomacji królewskiej. Zawsze słynęli z zamiłowania do wojny, i ta właśnie cech pchała wielu z nich do porzucenia miejskiego spokoju i luksusu na rzecz awanturniczego żywota na pograniczach wielkich konfliktów. Wielu kawalerów z rodu de Nevres zasłynęło z pojedynków, kilku ze zwycięstw na polu bitwy, paru zaś z tego, że porzuciwszy na dobre książęce zwyczaje dowodziło kompaniami najemników.
Wielu Karyjczyków do dziś sądzi, że wojowniczy Kardynał nie zginął w Katedrze Cieni podczas Długiej Nocy, która nastąpiła po zaćmieniu słońca, lecz złożył urząd na ręce wybranego następcy i odszedł z Kary. Dla wielu nadszedł czas zmian, reprezentowany przez nowego Kardynała, jednak plotki uparcie głoszą, że kiedyś Dominik powróci, i jego następcy będą musieli zadać mu relację z tego, jak rządzili krajem…
Na razie trwają debaty, czy uczynić go świętym, zatem Inkwizycja starannie przesiewa krążące na jego temat opowieści, szukając dowodów słabości, mogących rzucić cień na życie i czyny księcia Kardynała.

Karsos [tytuł hrabiowski]

Herb: słońce złote w polu czerwonym.

Głowa rodu: Iven Karsos.

Karsosowie stanowią najstarszy ród w Karze. Przybyli wraz z Prorokiem, a potem trwali na swojej wyspie, opierając się poganom, piratom, i zbyt krewkim krzyżowcom, którym wydawało się, że na tej ziemi nie napotkają żadnego karianina. Zdobyli i utrzymali wyspę Karsos, która na długo stała się przyczółkiem do karianizacji Półwyspu Młota. Skoligaceni z rodem de Beleme, z którego pochodzi wielu znanych egzorcystów. Belemowie przybyli z Delli 200 lat po I Krucjacie i poprosili o zgodę na osiedlenie się na wyspie. Byli pierwszymi i jedynymi, którzy ją otrzymali.
Jest to jeden z najbardziej hermetycznych rodów, rzadko komunikujący się z resztą kraju, zapatrzony tylko w morze i statki. Cała flota Kardynała dowodzona jest przez Karsosów. Nie zdarzyło się jeszcze, by dowodzony przez nich statek poszedł na dno. Niektórzy wierzą, że ród ten zawarł pakt z morzem, i dlatego tak szczęści im się w żegludze, ale większość kwituje tego typu opowieści jako bajki. Jednak nikt nie wie, jak jest naprawdę, i dlaczego kaplice na wyspie zamiast na wschód, w kierunku Katedry w Balla, zawsze zwrócone są na morze…

Dor Aper [tytuł baronowski]

Herb: dzik czerwony, spętany, w polu czarnym.

Głowa rodu: brat Andreas dor Aper.

Aperowie pojawili się w Karze stosunkowo niedawno, bo dopiero za XVI Krucjaty, więc ich historia zaczyna się około 160 lat temu. Ród zyskał na znaczeniu przez małżeństwo Nordyjki z seniorem, Silvanem do Aper, uznawanym za jednego z najwyższych wzrostem Karyjczyków w swoim stuleciu.
Krew Nordów sprawiła, ze Aperowie po dziś dzień stanowią najroślejszych ludzi w państwie, i zarzem najbardziej długowiecznych. Głowa rodu, brat Andreas liczy sobie 109 lat, i przypuszcza się, że jeszcze długo pożyje, bo jak na razie wciąż pozostaje w czynnej służbie Zakonu Templariuszy. Plotka głosi, że Aperowie nigdy nie przestają rosnąć, więc pod koniec życia wielu z nich przewyższa przeciętnych ludzi o więcej niż pół metra.
Aperowie są dwujęzyczni, choć nigdy nie chwalą się znajomością języka Nordów. Pomaga im to jednak pozostawaniu w przyjaznych stosunkach z Nordią i tamtejszą częścią rodziny, oraz udawanie się tam na studia. Bywa tak, że wolą pozostać w ojczyźnie prababki i zajmować się alchemią czy astrologią, na którą w Karze nie patrzy się przychylnie.
Znani są ze swoich przeczuć i silnej intuicji, która bezbłędnie podpowiada im czas zbliżającej się śmierci, a zwykle jest to śmierć gwałtowna. W związku z tym starają się z całej mocy, aby nigdy nie szła na marne, tylko przynosiła pożytek i chwalę ojczyźnie, a także im samym.

RPG – Monastyr – Rok liturgiczny

środa, 16 Maj 2012

Rok liturgiczny:

Rok liturgiczny dzieli się kilka okresów, podporządkowanych porom roku i rytmowi ludzkiej pracy.

Jesień – wejście do katedry
Zima – przebudzenie Proroka
Wiosna – czas poszukiwania
Lato – czas podboju

Każdy z tych okresów ma swój charakter, właściwe sobie rozdziały Katedraliów, święta i zwyczaje.

Jesień to okres szczególnie predestynowany do rachunku sumienia i pokuty. Jesienią kończą się prace polowe i wojny, świat zwalnia tempo przed nadchodzącą nieuchronnie zimą. W tym czasie załatwia się wszelkie zaległe sprawy, by po pierwszych śniegach, gdy komunikacja zostanie zawieszona aż do wiosny spokojnie spędzać czas na rozrywkach i zasłużonym lenistwie.

4 września przypada dzień świętego Martina. Tego dnia na schodach kościoła w Brugge znaleziono jego dłoń. W tym dniu w Brugii uroczyście święcona jest broń myśliwska, służąca do polowań na drapieżniki.

27 września, kiedy zakończone zostaje większość prac polowych obchodzone jest święto Teodora Ascety. Kościół stara się przypomnieć swoim wiernym o ascezie i dyscyplinie w tym szczególnym momencie, gdy obfitość płodów ziemi jest największa. Przestrzega przed rozpasaniem, do którego może prowadzić takie nieumiarkowane korzystanie z dóbr tego świata.
Jednym z przewrotnych symboli Teodora Ascety chętnie wykorzystywanych przez wiernych jest lustro. Znak lustra, lub maleńkie sześciokątne lusterko noszone na szyi jak medalik jest symbolem świętego Teodora Ascety. Lustro jest tradycyjnym symbolem jasnowidzenia, a zarazem i próżności. Magia i pycha to rzeczy, z którymi nadludzką siłą zerwał święty Teodor. Jego wyznawcom przypomina o potrzebie dyscypliny i ćwiczeniu woli.
Wigilia tego święta to najczęstsza data rozpoczęcia się na nowo życia towarzyskiego w większości wielkich miast Dominium. Szlachta powraca ze swoich majątków, by zażyć rozrywek, sprzedać plony, podpisać korzystne kontrakty na kolejny rok czy negocjować mariaże. W tym czasie mają też miejsce wymiany dyplomatów, którzy rozpoczynają swoja pracę w chwili, gdy w stolicach pojawią się znów wszystkie osobistości, które lato wolały spędzić z daleka od zaduchu i zgiełku miasta.

1 październik upamiętnia męczeńską śmierć św. Ardy Głosicielki. W tym dniu zwyczajowo sześcioletnie dzieci posyłane są pierwszą na katechezę. Na każde z nich czeka w kościelnej ławce książeczka do nabożeństwa i małe, słodkie ciastko nazwane „ćwiartką”. Słodycze te wypiekają specjalnie na tą okazję zakonnice ze zgromadzenia świętej Ardy.

30 październik jest dniem poświęconym świętemu Walamorowi. W imieniu tego świętego raz do roku święcone są sól i ogień. Lud wierzy, że mają one moc odpędzania deviria. Tego dnia w paleniskach wygasza się ogień a resztkę niezużytej soli zakopuje się pod zewnętrznymi murami cmentarzy, tam gdzie chowani są grzesznicy, którzy zeszli z tego świata bez skruchy.
Po powrocie z mszy, od niesionej przez panią domu lampy rozpala się ogień w domu, gospodarz zaś uroczyście miesza poświęconą sól ze świeżo zakupioną. Tego dnia poświęcony ogień zanosi się również na groby bliskich, jako pamiątkę światła duszy, które człowiek nosi w sobie.

7 listopada obchodzony jest uroczyście Dzień Wstąpienia Proroka do Katedry Balla. Dzień ten rozpoczyna okres postu, poprzedzający Przebudzenie Proroka. W ciągu następnych tygodni urządzane są procesje pokutne, pielgrzymki przebłagalne, a księża spowiadają chętnych dniem i nocą. W dniu wstąpienia wszystkie kościoły w Dominium pozostają szeroko otwarte prze całą dobę, co ma symbolizować grzesznikom szansę na odkupienie i zachęcać do wstąpienia do świątyni i pojednania z Jedynym.

Zima jest czasem, w którym obchodzi się Przebudzenie Proroka, od którego rozpoczyna się karnawał. Jest to dla kościoła najradośniejszy okres roku. W mieście to czas największego rozkwitu życia towarzyskiego i kulturalnego. Szlachta zebrana na kilka miesięcy w jednym miejscu stanowi siłę napędową dla sztuki, rozrywki i polityki. Ci, którzy postanowili spędzić zimę na wsi zostają odcięci od świata. Pozostają im długie, leniwe wieczory przy trzaskającym ogniu, i rozmowy z sąsiadami.

25 grudnia, najdłuższa noc w roku, obchodzona jest jako Dzień Przebudzenia Proroka. Od tej daty dni stają się dłuższe, światło zwycięża noc, wiara zwycięża Ciemność.
W tym dniu kończy się post, a po odprawianej o zmierzchu mszy wierni zasiadają przy suto zastawionych stołach i wystawną ucztą wetują sobie wyrzeczenia czasu pokuty. W oknie sali biesiadnej ustawia się specjalną białą lampę, symbol oświecenia, na pamiątkę lampy, którą przyświecał sobie Prorok w Katedrze.

2 luty to dzień urodzin św. Stefana, które w całym Dominium świętuje się wyjątkowo hucznie. Odbywają się parady szyderców, obierany jest żebraczy król, a burmistrzowie miast na czas święta przekazują żakom klucze do ratusza. Większość gospód w tym dniu raczy gości darmowym napitkiem, co podnosi temperaturę zabawy. Po ulicach kroczą korowody przebierańców, wśród których napotkać można wielu szlachetnie urodzonych. Ostatnie dziesięć dni karnawału to czas nieskrępowanych konwenansem hulanek i swawoli, do których niejedno stowarzyszenie karnawałowe przygotowuje się już od jesieni.
Tradycyjny bal maskowy wydawany w tym dniu przez największe kurtyzany w Sarancie ściąga rokrocznie nawet kilka tysięcy widzów, którzy mogą obserwować zabawę z galerii tamtejszej opery. Zaproszenia na to wydarzenie są wydawane uznaniowo, co roku według innego klucza. Odgadnięcie myśli przewodniej balu nagradzane jest spełnieniem dowolnego życzenia zwycięzcy.

12 lutego obchodzony jest dzień świętego Landiego, który kończy okres karnawału. W tym dniu powszechnie rozdaje się jałmużnę, a wielu dobrych karian wydaje biesiady dla najbiedniejszych. Wierni, którzy swoim życiem starają się naśladować czyny świętego Landiego, przyjęli za symbol swych bractw chustę, z zawiązanymi w supły trzema rogami. Oznaczają one czystość ciał, czystość ducha i miłosierdzie, do którego zobowiązuje szczególny kult świętego.
W dniu św. Landiego w Radeście odbywa się walka Karanawału z Postem. Na skutej lodem rzece wznoszone są śniegowe fortyfikacje dla obu stron konfliktu. Po stronie Karnawału stają zbrojni odziani w czerwień, po stronie Postu w popielatą szarość. Trzon każdej z drużyn stanową Templariusze, ale nie brak też rycerzy innych zakonów czy nawet członków milicji mieszczańskich. Aby zniwelować ryzyko poważniejszych obrażeń, cała walka odbywa się na broń turniejową, a niekiedy zawodnicy dla żartu walczą zamrożonymi na kamień rybami, czy też baranimi udźcami. Jeżeli w danym roku zwycięży Karnawał, Kardynał przedłuża zabawę nawet o tydzień, jeśli zaś Post, to rytm roku liturgicznego nie ulega zmianie, i następnego dnia od uroczystej mszy rozpoczyna się okres zwany czasem poszukiwania, lub czasem nauki Proroka. Po walce na koszt Kardynała wydawana jest uczta dla najbiedniejszych mieszkańców Radestu. Sam Kardynał ze swoją obstawą przez cały dzień przechadza się pośród wiernych i bez większych trudności można zamienić z nim słowo.

Wiosna to czas przebudzenia się ziemi, rozpoczęcia prac polowych, ale także wojen. W kościele to czas wspominania nauki, jaka Prorok wyniósł z Katedry w Balla. Czas nauki podkreślony jest postem, który trwa do przesilenia wiosennego. Dla wojskowych to czas intensywnych przygotowań przed wznowieniem walk na wszystkich frontach Dominium, czas formowania nowych zaciągów i powracanie z zimowych leży. Dla pielgrzymów to czas wyruszenia w drogę, dla pokutników czas na rozpoczęcie pobożnych fundacji mających stanowić odkupienie za grzechy.

3 marzec poświęcony jest świętemu Dagobertowi. Cechy sędziowskie i adwokackie najczęściej przyjmują za symbol wagę, a ich bractwa i stowarzyszenia oddają się pod patronat świętego Dagoberta, uważając, że ten, który odkrył zdradę trzeciego syna i dokonał aktu sprawiedliwości będzie przypominał im o roli prawdy w dzisiejszym świecie. Pobożni członkowie bractw noszą często srebrne pierścienie z wygrawerowaną wagą.

30 kwietnia, dawne pogańskie święto zostało przez kościół oddane świętej Birgit, nawróconej czarownicy. Pogańskie praktyki przetrwały jednak w całym Dominium, i tego dnia więcej można znaleźć ludzi oddających się wieczornym tańcom przy rozpalonych na wzgórzach ogniskach, niż takich, którzy zdecydują się na nocne czuwanie w świątyni. Powszechne w tym dniu są schadzki zakochanych, bo pocałunek w dniu świętej Birgit przynosić ma szczęście w miłości. W Cynazji w tym dniu tradycyjnie urządzane są bale na świeżym powietrzu, dając zakochanym możliwość skrycia się w ogrodach i labiryntach. Niektórzy uważają, że zdrada małżeńska w tym dniu nie jest grzechem, ale Kościół starannie tępi tego typu poglądy.

7 maja przypada dzień świętego Bulhara, i od tego dnia symbolicznie rozpoczyna się czas prowadzenia wojen. Drogi w tym dniu zazwyczaj są już w pełni przejezdne a po wiosennych powodziach nie ma ani śladu, więc nic nie stoi na przeszkodzie ruchom armii. Rycerze wyruszający do walki z deviria, wzorem świętego Bulhara malują na tarczy ramię dzierżące miecz. W ten sposób zaznaczają, że nie walczą dla ziemskiej chwały, i ich misja ma pierwszeństwo przed sprawami prywatnymi.

Lato to dla kościoła czas wytężonej pracy i walki. W tym okresie nie przypadają żadne posty, ponieważ siła ciała potrzebna jest do prowadzenia wojen z Ciemnością i pracy w polu. To czas wspominania podbojów Proroka i zakładania imperium. Czas, w którym przypomina się o tym, jak potężną siłą zmieniającą ziemskie życie jest wiara.

21 Czerwiec to dzień świętego Karmaka, Pogromcy Czarowników. Data ta nie została wybrana przypadkowo, ponieważ najkrótsza noc w roku była jednym z najpopularniejszych pogańskich świąt.
Plakietkę z wyobrażeniem młota świętego Karmaka najczęściej można spotkać wśród żołnierzy i rycerzy udających się na front agaryjski. Święty Karmak, bezlitosny pogromca czarowników jest szczególnym opiekunem dla tych, którzy w imię wiary narażać się będą na wpływ pogańskiej magii. Weterani, którzy przeżyli bezpośredni atak magów na swój oddział często tatuują symbol młota nad prawym nadgarstkiem. Wierzą, że w decydującej chwili, dzięki wsparciu świętego, nawet zwykły miecz pozwoli zabić czarownika.

22 lipca obchodzona jest pamiątka śmierci świętej Milviny. Jest to dzień, w którym klasztory przyjmują chętnych do nowicjatu, i jedyny dzień w roku, w którym można odwiedzić bliskich, którzy zamknęli się w klauzurach.
Symbolami przypisywanymi Milvinie są miecz i biała róża. W rocznice jej śmierci kościoły i kaplice pod jej wezwaniem strojone są na biało.

18 sierpnia to dzień świętego Urmora. Święty Urmor jest patronem wszystkich ludzi sprawujących władzę. Jego kult najsilniejszy jest w państwach leżących wokół Mirry, gdzie się urodził i panował. Wielu tamtejszych możnych funduje nabożeństwa w intencji sprawujących władzę, a procesje ku jego czci prowadzone są pod sztandarami, na których wyobrażony jest lew i wąż, symbole siły i mądrości. Częstym w tamtych stronach zwyczajem są też zaręczyny w tym dniu, i wręczanie sobie przez narzeczonych pierścieni z wyobrażeniem obu zwierząt, by przypominały, że małżeństwo również jest unią tych dwóch sił.

RPG – Monastyr – Święci

wtorek, 15 Maj 2012

Dziś kilkoro świętych, wymyślonych w trakcie grania i nieźle wrośniętych w naszą wersję Dominium.

Święci:

Święty Stefan Pocieszyciel [IXwiek]– zwany powszechnie świętym Stefanem Hulaką urodził się w Dorhaście jako Esteban Moreas. Osierocony w dzieciństwie przystał do jednej z ulicznych band terroryzujących miasto. Szybko wybił się ponad lokalnych rzezimieszków, dzięki uporowi i energii jaką przejawiał w dążeniu do raz wytkniętego celu jak też sprytowi i zaskakującemu umiłowaniu wiedzy. Zasłynął też ze swoich umiejętności nożownika i pięściarza, a także z umiłowania niewiast i dobrego wina.
Esteban posiadał jedną cechę, która zjednywała mu szacunek, zarówno sojuszników jak i wrogów. Zawsze dotrzymywał danego słowa. Jego uliczna kariera zakończyła się w dniu, w którym założył się, że uwiedzie dowolną wskazaną przez oponenta kobietę. Wykazując wyjątkową złośliwość, przeciwnik wskazał na świętą Milvinę.
Esteban, niezrażony, wyruszył do Kary, by ją spotkać. Oficjalne żywoty Milviny i Stefana mówią, że Milvina zgodziła się spędzić z nim noc, ale tylko na własnych warunkach, i w takim łożu, jakie sama dla nich uszykuje. Kiedy Esteban przybył do miejsca, gdzie mieli się spotkać zastał Milvinę wyciągniętą na łożu z rozżarzonych węgli. Nie śmiejąc do niej dołączyć musiał uznać swoją porażkę. Niemniej jednak, wykorzystał dany mu czas na rozmowę ze świętą, i rankiem podjął decyzję o dołączeniu do walki Kościoła przeciwko Ciemności. Porzucił dotychczasowe życie, i ruszył jako pielgrzym na wędrówkę przez Dominium. W drodze zasłynął z pomocy udzielanej innym, a zwłaszcza z tego, że spragnionych poił winem z własnego bukłaka, i cierpliwie wysłuchiwał skarg bliźnich, nigdy nie odchodząc bez udzielenia rady czy pocieszenia. Do końca życia korespondował z Milviną, i zbiór tych listów został wydany przez Kościół już w X wieku.
Obecnie św. Stefan czczony jest w niemal całym Dominium, i oficjalnie [w przeciwieństwie do św. Rona] uważany jest za patrona spraw beznadziejnych.

Święta Birgit [IX wiek] – była ragadańską czarownicą, słynącą z wiedzy, mocy i urody. Jak większość czarownic Ragady, była blisko związana z Ludem Wzgórz, i spośród deviria wybierała sobie kochanków. Czarownice tych ziem, które zobowiązują się służyć pomocą zwykłym ludziom wróżbami, zaklęciami czy zielarstwem do dziś cieszą się w tym kraju dużym szacunkiem i są skrzętnie ukrywane przed Inkwizycją. W IX Kościół dopiero rozpoczynał karianizację tych ziem, więc bardzo częste były spektakularne procesy magów i czarownic, którzy nie zamierzali wyrzec się swojej sztuki. Podobny los spotkałby z pewnością Birgit, lecz jej młodość i uroda zwiodły prowadzącego śledztwo inkwizytora, który zamiast na stos odesłał ją do klasztoru w Kartinie. Tam Ragadanka poznała zasady wiary, i przyjęła je. Odrzuciła magię, choć nie wiedzę, jaką posiadła podczas jej uprawiania. Uznając, że dotychczasowa organizacja klasztoru sprawia, że mniszki nie zajmują niczym poza modlitwą i gromadzeniem wiedzy, z której nie ma pożytku, zebrała wokół siebie kilkanaście zwolenniczek, i odeszła z klauzury, by założyć własne zgromadzenie. Na początku zgromadzenie było uznane za nielegalne, i mniszki chciano nakłonić do powrotu do macierzystego klasztoru, lecz zamierzenia te spełzły na niczym. Birgit umiała bronić swoich poglądów, i natchnąć odwagą towarzyszki. Po kilku długich miesiącach tułaczki osiadły wreszcie w mieście Callin, na pograniczu Ragady i Kartiny. Zajęły zrujnowany niedawną rebelią pogan kościół, i rozpoczęły misję karianizacji i pomocy najbiedniejszym, i najbardziej pokrzywdzonym przez los. Po roku, na prośbę Birgit papież Felix II przysłał do jej zgromadzenia wizytatorów, którzy wydali pochlebną opinię o jego działalności. Zgromadzeniu nadano status odrębnego zakonu, a jego pierwszą ksienią została nawrócona czarownica.
Zakon szybko zyskał szacunek wiernych, jako, że swoją działalnością wpasował się w lukę, której nie mogły zapełnić pobożne, aczkolwiek rzadkie donacje charytatywne. Do dziś zgromadzenie przyciąga wielką ilość kobiet, które pragną nieść pomoc potrzebującym. Popularny jest zwłaszcza wśród niższych warstw społeczeństwa, bo szlachcie nie wypada, nawet po wdzianiu habitu, pospolitować się z żebrakami czy prostytutkami, i wybierają inne zgromadzenia.
Świętą Birgit przedstawia się przekornie nie jako pobożną zakonnicę, ale bosą dziewczynę w zielonej szacie, z wieńcem na rozpuszczonych włosach i gałązką rozmarynu z dłoni, przypominając kim była, zanim osiągnęła świętość. Birgit jest patronką opuszczonych, skruszonych grzeszników i zakochanych. Młodzież bardzo często obnosi przypiętą do ubioru gałązkę rozmarynu, na znak oddania pod opiekę świętej swojej miłości.

Święty Martin [XII wiek] – legendy mówią, że jest lepszym świętym, niż był człowiekiem. Urodzony w rodzinie rycerskiej w Brugii już od dziecka przejawiał ogromną pasję do łowów. Kiedy przestały mu wystarczać wyzwania, jakimi były największe drapieżniki jego ojczystych lasów, wyruszył na wędrówkę po Dominium, śladami największych i najstraszniejszych bestii Ciemności. Surowy i samotny z wyboru, najlepiej czujący się we własnym towarzystwie przekazał dziedzictwo młodszemu bratu, by zarząd na ojcowskim lennem nie odciągał go od jego pasji. W czasie swoich wędrówek święty Martin prowadził ascetyczny tryb życia, starając się, by to, co jest w stanie unieść na własnych plecach wystarczyło mu do przeżycia. Stronił od używek uważając, że stępiają zmysły łowcy, unikał też niewiast, uważając, że nie da się pogodzić pasji i miłości. „Bestia zawsze jest sama” mówił, i nikt do końca nie wie, czy miał na myśli deviria, czy siebie samego. Jako, że już we wczesnej młodości zadecydował o swoim życiu, nigdy nie żałował uczynionego wyboru i nie miał wątpliwości co do słuszności swojej misji. Apokryfy twierdzą, że zabijał z próżności i dla przyjemności, jaką dawało mu pokonanie bestii, Kościół zaś twierdzi, że gdyby działał dla próżnej sławy, obnosiłby się z nią, a tego nie robił. Konsekwentnie pozostawał w cieniu, nic sobie nie robiąc ze spraw tego świata. Po latach utrwaliła się legenda, że poproszony o pomoc przeciwko deviria nigdy nie odmawiał, czy suplikantem był chłop, czy baron, lecz dziś nikt już nie pamięta jak było naprawdę. Bardziej prawdopodobne jest, że tropiąc bestie musiał przechodzić przez spustoszone ludzkie siedziby, i niezależnie od próśb, i tak nie porzuciłby tropu.
Jego żywot zakończyło spotkanie z Mordogiem, którego tropił nieprzerwanie przez półtora roku. Mordog stanął z nim do walki na brzegu lodowego morza w Tawirze. W pojedynku demon miał miażdżącą przewagę, i mimo wiary i kunsztu Martinowi nie udało się zabić deviria.
Kilka tygodni po śmierci świętego na progu kościoła w Brugge znaleziono jego dłoń, wciąż zaciśniętą na myśliwskim nożu. W ten sposób Mordog udowodnił swoje zwycięstwo.
Święty Martin jest obecnie narodowym patronem Brugii. W czasie wzmożonych ataków wilków kraj przemierza procesja z relikwiarzem, w którym spoczywa dłoń świętego i jego nóż, ponieważ żaden wilk nie może przebywać bliżej, niż w odległości 10 mil od relikwii. Myśliwi, którzy również obrali sobie świętego Martina za patrona twierdzą, że szczera pielgrzymka do Brugge i ucałowanie relikwii sprawia, że nigdy nie zgubi się raz podjętego tropu.

RPG – Monastyr: Relikwie

poniedziałek, 14 Maj 2012

Znalazłam w swoich archiwach trochę niezłych, z mojego punktu widzenia rzeczy, które miały kiedyś tam iść do publikacji, były pisane do wersji 2.0 podręcznika, ale wszystko się jakoś tak kompletnie rozsypało. A tekstów mi szkoda. Więc pójdą sobie tutaj, w moim własnym mini-cyklu dotyczącym Dominium.

Najczęściej pisałam o Karze, bo to moje ulubione państwo, więc bywa monotematycznie

Relikwie:

Sztandary pierwszej krucjaty – pierwsza krucjata na ziemiach obecnej Kary była szczególną wyprawą. Rycerze wyruszyli w nieznane, na ziemie wroga owiane mrocznymi legendami. Ich proporce zostały poświęcone w Czarnej Katedrze w Alldare, i od tej chwili nie dotknęły ziemi, aż do dnia w którym zatknięto je na brzegu półwyspu Młota. Siedem sztandarów towarzyszyło kolejnym Krucjatom, aż do dnia, w którym zaginęły wraz z pierwszym mistrzem Templariuszy. Legenda głosi, że zostały ukryte w głębokich pieczarach nad brzegiem Grzmiącej Rzeki, i dlatego deviria nie są w stanie przekroczyć jej linii.
Ostatnimi czasy rozeszła się pogłoska, sugerująca, że wraz ze sztandarami ukryto klejnoty koronacyjne królów Dorii, aby nie wpadły w ręce kordyjskim najeźdźcom. Od tego czasu do Kary przybyło już sporo awanturników, próbujących odkryć miejsce, gdzie ukryto sztandary. Wielu z nich zapłacono kordyjskim złotem…

Miecz św.Milviny – po śmierci świętej miecz został przechowany przez zakon Templariuszy, i do dziś służy pasowaniu kolejnych członków Zakonu. W obecności miecza każda rzecz zmuszona jest przybrać swój prawdziwy kształt. W ten sposób wykryto wielu szpiegów Ciemności, na których ciele w obecności relikwii pojawiły się znamiona lub magiczne znaki.
Na codzień miecz spoczywa w krypcie pod transeptem Katedry Pokuty w Radeście, skąd w uroczystej procesji podejmowany jest przez Mistrza Templariuszy w dniu przyjmowania do Zakonu nowych członków.
Plotka głosi, że miecz ten został skradziony przed kilkoma miesiącami przez panią Martę Lagos, oficjalnie znaną malarkę, nieoficjalnie kordyjskiego szpiega. Karyjscy dyplomaci uparcie dementują te pogłoski, lecz faktem jest, że pani Lagos w wielkim pośpiechu wyjechała z Radestu, jej tropem ruszyła bezlitosna pogoń. Kto wie, może Kord uznał, ze za miecz może uzyskać w zamian doryjskie klejnoty koronne?…

Hełm pierwszego Mistrza Templariuszy – w Katedrze Pokuty, nad wejściem do prezbiterium znajduje się rzeźba przedstawiająca pierwszego Mistrza Templariuszy. Wyobraża klęczącego krzyżowca, wspartego na ostrzu miecza, spoglądającego na wchodzących w portal z transeptu. Jego spojrzenie ma niezwykłą siłę i ciężar, tak, że człowiek w jego obecności czuje się mały i grzeszny.
Nikt nie wie, jakie nosił imię pierwszy z Mistrzów Zakonu, i skąd pochodził, ponieważ bezimienność przyjął jako pokutę za dawne grzechy. Nikt nie wie też gdzie spoczęły jego kości. Pozostała tylko rzeźba. Z ostatniej jego wyprawy wrócił do Radestu tylko koń z martwym rycerzem na grzbiecie. Jeździec ściskał w dłoniach pogięty hełm dowódcy. Hełm złożono na wieku pustego sarkofagu w krypcie pod transeptem Katedry, i od tego czasu tam chowa się karyjskich świętych i mistrzów Zakonu.
Aby zejść do krypty, wymagana jest od petenta spowiedź, pokuta i uczestnictwo we mszy. Inaczej dusza ludzka ugina się pod ciężarem własnych grzechów, i wielu lekkomyślnych pielgrzymów, nagle skruszonych i przepojonych nieogarniętym żalem nie było w stanie o własnych siłach podnieść się z prochu i opuścić krypty. Legendy mówią, że kilku Kardynałów w obecności zgromadzonych w krypcie relikwii musiało uklęknąć, a jeden za swego życia nigdy nie odważył się do niej wejść. Od każdego z Mistrzów Zakonu wymagane jest jednak całonocne czuwanie przed objęciem urzędu. Jeżeli nie będą w stanie o własnych siłach wyjść z krypty na poranną mszę, nigdy nie staną na czele Templariuszy.
Od pewnego czasu co bystrzejsi obserwatorzy notują zwiększoną liczbę odwiedzin w krypcie. Co dziwne, wchodzące do podziemi osoby nie wyglądają na pobożnych pielgrzymów czy surowych duchownych, raczej na ludzi co najmniej światowych. Co dziwniejsze, nie widuje się ich wychodzących… Czyżby jakieś tajne stowarzyszenie obrało sobie to miejsce do snucia spisków? Wydaje się to niewiarygodne, ale krypty pod katedrą maja wiele tajemnic…

Pierścień Kardynała – legenda głosi, że ten, kto nosi ów pierścień, zawsze będzie wiedział, czy jego rozmówca kłamie. Sam pierścień przekazywany od pokoleń nowo obieranemu Kardynałowi Kary to pięknie oszlifowany ośmiokątny rubin z wyciętym od spodu krzyżem, oprawiony w prostą, złotą obrączkę.
W dziejach Kary pierścień próbowano skraść już czterokrotnie, lecz za każdym razem złodziej znajdowany był martwy w drzwiach najbliższego kościoła. Co bardziej zabobonni Karyjczycy uważają, ze pierwszy Kardynał, wybitny egzorcysta, przywiązał do pierścienia pokonanego przez siebie deviria, który ma za zadanie strzec klejnotu. Dlatego tez każdy nowy Kardynał musi być dobrym egzorcystą, by poradzić sobie ze złym duchem zamkniętym w pierścieniu. Inni z kolei mówią, że jeśli niepowołana osoba założy pierścień, usłyszy, jak po kolei przeklinają ją na wieki wszyscy Kardynałowie, którzy nosili pierścień. Jak jest naprawdę nie wiadomo. Żadne złodziej nie podzielił się nigdy z nikim swoimi przeżyciami, a nikt nie ma odwagi zapytać samego Kardynała.

RPG

piątek, 11 Maj 2012

Dostałam dziś prztyczka, że od dawna nic nie napisałam o erpegach. Zabawne, bo gram w sumie cały czas, i cały czas prowadzę. Fakt, że są to sesje domowe, jeden na jeden nie odbiera im smaku ani uroku, ale jednak po prawie 5 latach braku drużyny trochę się za taką stęskniłam. Ktoś chętny? Mogę poprowadzić. Do wyboru – Monastyr, Legenda 5 Kręgów [1 edycja] albo Cyberpunk [1 edycja]. Staroświecko, ale porządnie :)

Kaptur wczesny

niedziela, 6 Maj 2012

Właśnie zaczęłam wracać do mediewalnego szycia. Jakoś ciężko mi to idzie, ale ponieważ Koło Gospodyń Miejskich znów zaczyna się umawiać na spotkania, to wierzę, że jakoś mi się uda :) W kolejce czeka też suknia na koniec XIV wieku.

Na razie miałam sporo zabawy z rzeczywistością współczesną, więc kompletnie mi nie szło. Pocieszam się tym, że zrobiłam przynajmniej jakiś początek :)

Jeśli krawcowa nie posiada kota*, zawsze znajdzie się ochotnik, żeby popsuć świeży materiał na wykrój… ;)

* Prawdziwa krawcowa zawsze ma kota, albo innego psuja na podorędziu!

Jelonek

poniedziałek, 16 Kwiecień 2012

Byliśmy w sobotę na koncercie Jelonka, promującym nową płytę. Było bardziej niż godnie :) Pogo przy „Zimie” Vivaldiego było niezapomnianym przeżyciem :D

Trzeba się częściej wybierać na takie akcje. Odmłodniałam!